Kategoria: Historia

  • Wrocław. Centralne dolnośląskie obchody 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego

    Wrocław. Centralne dolnośląskie obchody 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego

    Przy pomniku rotmistrza Witolda Pileckiego tuż obok Promenady Staromiejskiej we Wrocławiu rozpoczną się 1 sierpnia centralne na Dolnym Śląsku obchody 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

    Przebieg uroczystości:

    16:45 – rozpoczęcie uroczystości pod pomnikiem: przemówienia okolicznościowe, godzina „W”- syreny alarmowe, apel pamięci i salwa honorowa, złożenie kwiatów;

    18:00 – Msza święta w bazylice garnizonowej pw. św. Elżbiety we Wrocławiu.

    Na uroczystości zapraszają organizatorzy: Wojewoda Dolnośląski Paweł Hreniak, Dowódca Garnizonu Wrocław płk. Dariusz Krzywdziński oraz Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Dolnośląski.

    Marek Perzyński

  • Krzemionki Opatowskie/Świętokrzyskie. Kopalnie cenne, jak piramidy egipskie i wielki mur chiński

    Krzemionki Opatowskie/Świętokrzyskie. Kopalnie cenne, jak piramidy egipskie i wielki mur chiński

    Największy w Europie kompleks kopalni krzemienia powstał w rejonie obecnych Krzemionek Opatowskich w Świętokrzyskiem w okresie neolitu (ok. 4 tys. lat temu do 2. tysiąclecia p.n.e.), ale na sławę czekał aż do lipca 2019 r., gdy ogłoszono, że wpisany został – jako 16. obiekt w Polsce – na listę światowego dziedzictwa światowego UNESCO.

    To „wybitne dzieło twórczego geniuszu człowieka, niesie unikalne świadectwo tradycji kulturowej i stanowi wybitny przykład zespołu obiektów techniki i krajobrazu, który ilustruje znaczący etap w historii ludzkości” – uzasadnił wpis Komitet Światowego Dziedzictwa.

    W Polsce to pierwszy przypadek, gdy komitet ten wpisując neolityczne kopalnie krzemienia na swą prestiżową listę uhonorował jednocześnie kilka prehistorycznych stanowisk archeologicznych. Ale to sytuacja wyjątkowa – mamy do czynienienia z rozległym kompleksem, a nie pojedynczym obiektem.

    Do dziś w rejonie Krzemionek Opatowskich zachowało się ponad 1000 szybów sprzed 4000 lat. Ciągną się pasem szerokości 30–200 m i długości ok. 5 km. Mają głębokość od 4 do 8,5 m. Krzemień wydobywano tutaj za pomocą młotów kamiennych i narzędzi kościanych. W niektórych miejscach w ścianach wapiennych chodników do dziś można zobaczyć okazałe buły krzemienne – przedmiot zainteresowania ówczesnych górników. Co więcej, na ścianach kopalni zachowały się – wykonane węglem drzewnym – rysunki przedstawiające zwierzęta i postaci ludzkie.

    Z krzemienia pasiatego produkowano na miejscu narzędzia, a następnie sprzedawano. Świadczą o tym znaleziska archeologiczne na Śląsku, Pomorzu, Morawach, a nawet w Niemczech nad Łabą.

    O tym, że okolice Krzemionek Opatowskich były przedmiotem eksploracji górniczej w zamierzchłych czasach, wiedziano już przed II wojną światową. Odkrycia dokonał w 1922 r. wybitny polski geolog, prof. Jan Samsonowicz. Stwierdzono wówczas na powierzchni ziemi pozostałość ok. 5000 szybów. Dopiero jednak w 1994 r. to niesamowite miejsce uznano za pomnik historii, a w 1995 r. ustanowiono rezerwat przyrodniczy – obejmuje on niemal 400 ha lasu. Powstało też Muzeum i Rezerwat Archeologiczny, dzięki czemu wytyczono podziemne trasy turystyczne. Zbudowano chodniki.wcześniej – w co aż trudno dziś uwierzyć – zwiedzano kopalnię na klęczkach. W pobliżu zrekonstruowano wioskę neolityczną, dzięki czemu można zobaczyć, jak się przed 4 tys. lat górnikom mieszkało.

    Wpisanie prehistorycznych kopalń na listę światowego dziedzictwa UNESCO spowodowało lawinowy wzrost zainteresowania tym miejscem.

    Na zdjęciu: fragment trasy turystycznej na terenie kompleksu neolitycznych kopalni krzemienia w rejonie Krzemionek Opatowskich.

    Literatura:

    apis/Sandomierz (KAI): Neolityczne kopalni krzemienia w Krzemionkach Opatowskich na liście UNESCO, www.niedziela, dostęp 15.07.2019.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Osada Kresowa w Baszni Dolnej/Podkarpacie. Zobacz, jak Sobieski rozgromił czambuły tatarskie

    Osada Kresowa w Baszni Dolnej/Podkarpacie. Zobacz, jak Sobieski rozgromił czambuły tatarskie

    Jan Sobieski jeszcze jako hetman wielki koronny broniąc kresów Rzeczypospolitej przed czambułami tatarskimi odniósł jedno ze spektakularnych zwycięstw w Niemirowie, o czym wciąż się w okolicy pamięta. Tyle że centrum pamięci o tym wydarzeniu przeniosło się w okolice Lubaczowa, gdyż Niemirów po 1945 r. zaanektowała Ukraina. W muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej – otwartej niedawno dzięki staraniom wójta gminy Lubaczów, Wiesława Kapela – można przekonać się, jak wielkie było to zwycięstwo i jak wielką chwałą okrył się Sobieski ratując rodaków. Jaką zaś trwogę budziły czambuły tureckie, świadczą do dziś ogromne obwarowania klasztorów w Jarosławiu i Leżajsku.

    Tatarzy krymscy byli zmorą kresów wschodnich Rzeczypospolitej. Najeżdżali, grabili, mordowali w okrutny sposób, a kogo nie zabili – zabierali w jasyr. Ludzi sprzedawano, jak bydło – na targach niewolników. Tatarzy – uznający jurysdykcję sułtana tureckiego – realizowali część planu Stambułu, który postawił sobie za cel zdominowanie także Europy – w imię Allaha. Plany te pokrzyżował Sobieski pod Wiedniem, a wcześniej poprowadził szereg wypraw na czambuły tatarskie– w ramach wojny polsko-tureckiej w latach 1672-1676.

    Jedna z takich wypraw – jedyna w rejonie Lubaczowa – miała miejsce w 1672 r. Z Krasnegostawu w rejonie Zamościa poprzez Narol, Cieszanów, Lubaczów, okolice Baszni Dolnej siły polskie dotarły w rejon Niemirowa. Sobieski rozgromił Tatarów, choć – jak opowiadają w muzeum w Kresowej Osadzie – było ich aż ok. 20 000, a naszych – znacznie mniej, bo tylko ok. 3 000. Owszem, wraz z polskim wojskiem pociągnęli na Tatarów chłopi, ale ich uzbrojenie nie gwarantowało przewagi militarnej. Sobieski postawił na zaskoczenie. Otoczył obóz wroga. Taka taktyka przyniosła sukces.

    Wcześniej – podczas marszu na Niemirów – Sobieski zastosował system komuniku, co znaczy, że na jednego żołnierza przypadały dwa konie. Polegało to na tym, że jeśli husarz – dosiadający w pełnej zbroi konia – widział, że ten się zmęczył, przesiadał się od razu na drugiego wolno biegnącego konia, co przyspieszało wyprawę.

    O tym, jak doszło do wypraw pod dowództwem Sobieskiego na czambuły tatarskie, pisze w książce “Sobiescy herbu Janina” Leszek Podhorodecki: “20 września oddziały tureckie stanęły pod Lwowem. Słabo przygotowane do obrony miasto wykupiło się sumą 80 tysięcy talarów. Dalsza droga w głąb Polski stała przed Turkami otworem, rozdarta bowiem wewnętrznie Rzeczpospolita nie była zdolna do żadnego oporu. 1 października przed wielkim wezyrem Fazyl Ahmedem paszą stanęli z odkrytymi głowami polscy komisarze. Zaczęły się rokowania o pokój. Tymczasem sułtan Mehmed IV spuścił ze smyczy swych Tatarów, którzy rozrzucili czambuły aż po Janów, Leżajsk, Przemyśl i Gołąb. Całe Podole stanęło w morzu ognia. Gdy komisarze polscy poczęli uskarżać się wezyrowi na grabieże ordy, ten rzekł tylko: Tak umie wojna! Dziękujcie Bogu i nam, że wojska tureckie i krymskie nie poszły za Wisłę!

    Sobieski z braku sił nie podjął otwartej walki z armią turecką, postanowił więc przynajmniej zapobiec grabieżom tatarskim. Pod Krasnymstawem skoncentrował prawie trzy tysiące jazdy oraz dragonii i 5 października rozpoczął błyskawiczną akcję przeciw ordzie. Wkrótce przednia straż hetmana zniosła doszczętnie dwa niewielkie czambuły tatarskie. Mimo zmęczenia marszem i dwiema potyczkami, wojsko zbierało po drodze porzucony jasyr, w tym mnóstwo dzieci, które hetman kazał wsadzać na wozy i wieźć do Kałusza, gdzie dał im dom, żywność i wychowanie. Gonitwa za Tatarami trwała dalej. Pod Niemirowem jazda dopędziła większy oddział nieprzyjaciela, rozpędziła go i wyzwoliła tysiące jeńców. Niebawem doszło do dwóch nowych potyczek, również zwycięskich. W ciągu pierwszych trzech dni wyprawy jazda Sobieskiego przebyła 150 kilometrów i stoczyła pięć zwycięskich potyczek. Czwartego dnia wojska polskie przeszły 57 kilometrów po drogach i bezdrożach, jakich gorszych nie masz na świecie, po czym dopadły kosz tatarski pod Komarnem. Hetman wysłał przodem kilka chorągwi, sam zaś z resztą obszedł stanowiska przeciwnika i z drugiej strony, przy dźwiękach muzyki wojskowej, zaatakował i rozpędził zaskoczonych ordyńców, po czym ścigał ich za przestrzeni 30 kilometrów. Następnie zwrócił się w stronę Kałusza i odniósł jeszcze jedno świetne zwycięstwo nad czambułem nureddina, drugiego po kałdze współregenta chana. Sam dostojnik tatarski uratował się, wpadłszy w bagna, w których ukrywał się ze strachem przez kilka dni.

    Cała wyprawa hetmana trwała zaledwie dziewięć dni, do 14 października. W tym czasie Sobieski przebył z jazdą ponad 300 km, stoczył siedem zwycięskich bitew i potyczek oraz uwolnił z jasyru kilkanaście tysięcy ludzi. Dowodził nigdy prawie nie śpiąc, nigdy się nie rozbierając, ognia nie niecąc, ledwie co jedząc, bo w spustoszonym kraju o bochenek chleba trudniej niż o tysiąc Tatarów. Wojsko żywiło się tylko brukwią i rzepą znalezioną w polu, konie – skąpą październikowa trawą. Żołnierze kładli się spać o zmroku, około godziny 17, wstawali już o północy i całą noc maszerowali w zupełnych ciemnościach, bez wzniecania ognia, byle tylko zaskoczyć przeciwnika. W wyprawie na czambuły Sobieski, według wyrażenia Tadeusza Korzona, wzbił się ponad wszystkich wodzów naszej jazdy” [1, s. 106-107].

    Tatarzy byli szybcy, zwinni i sprytni, więc trudno było z nimi wygrać. Ponadto była to lekka jazda, w przeciwieństwie do naszego ówczesnego wojska – husarii. Jak podkreśla Ewa Baran, kustosz muzeum w Baszni Dolnej, jeszcze jedno odróżniało husarię od wojsk tatarskich. Nasze nie mordowały, ani nie grabiły. Brały jedynie jeńców. W efekcie zwycięstwa pod Niemirowem udało się odbić z rąk tatarskich kilkanaście tysięcy osób wziętych w jasyr.

    Nic dziwnego, że traktowano Sobieskiego, jak wybawiciela, a wyrazem wdzięczności są poświęcone mu w rejonie Lubaczowa pomniki i inne miejsca pamięci. Jadąc od strony Kresowej Osady w Baszni Dolnej w stronę Baszni Górnej, Podlesia i Huty Kryształowej możemy w okolicy ostatniej z wymienionej miejscowości przysiąść w cieniu trzech dębów Sobieskiego, pod którymi – według miejscowego podania – odpoczywał on podczas wyprawy na czambuły tatarskie. W Wysocku koło Jarosławia znajduje się oryginalny – niestety pozostający w złym stanie technicznym – budynek, w którym Sobieski bywał. Z kolei w Oleszycach jest kapliczka, którą – według miejscowego podania – zbudował Sobieski w trakcie powrotu z jednej z wypraw. Sobieski bywał w tych terenach także na polowaniach, choćby dlatego, że miasto Jarosław było własnością jego żony. 

    O znaczeniu bitwy pod Niemirowem świadczy choćby fakt umieszczenia płaskorzeźby przedstawiającej jej ostatni akord na frontonie pałacu w Wilanowie, który – jako rezydencja Sobieskiego – stał się też pomnikiem jego chwały. W muzeum w Baszni Dolnej prezentowana jest jej kopia.

    Na zdjęciu: fragment ekspozycji w muzeum w Baszni Dolnej, poświęconej wyprawie Sobieskiego na czambuły tatarskie w Niemirowie.

    Literatura:

    [1] Leszek Podhorodecki: Sobiescy herbu Janina, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1981.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Olsztyn. Jedyny już taki piec. Oryginał zbombardowano w Królewcu

    Olsztyn. Jedyny już taki piec. Oryginał zbombardowano w Królewcu

    Piec kaflowy w holu skrzydła barokowego zamku w Olsztynie – zbudowanego w XVIII w. na potrzeby wizytujących zamek biskupów – to jedna z nielicznych już pamiątek po… zamku w Królewcu w Prusach wschodnich. Przestał istnieć po dywanowych nalocie aliantów na Królewiec w 1945 r., a tym samym zniszczeniu uległ pierwowzór pieca w zamku olsztyńskim. Kopia stała się tak cenna, jak oryginał.

    Olsztyński piec to wierna kopia królewieckiego – dostał te same gabaryty i kształt. Pełnił funkcję grzewczą i reprezentacyjną. Zbudowany został w 1910 r. przy okazji dużego remontu olsztyńskiego zamku na pocz. XX w. – postanowiono wówczas przystosować go do celów reprezentacyjnych na potrzeby siedziby rejencji olsztyńskiej. Kafle wykonano ręcznie w manufakturze w Malborku (wówczas Marienburg in Ostrpeussen). Są malowane kobaltem, w efekcie czego po wypaleniu otrzymały piękny błękitny kolor. Duże przedstawiają muzy oraz opiekunki sztuk i dziedzin nauki, natomiast mniejsze – uzupełniające – sceny rodzajowe i motywy roślinne. Piec posadowiono na dębowych nogach, dzięki czemu wymuszano dodatkowy obieg powietrza przy posadzce, zapewniono jego równomierny obieg w pomieszczeniu i w efekcie jego lepsze ogrzanie.

    Dlaczego skopiowano akurat piec z zamku w Królewcu? Nie wiadomo. Zapewne  zdecydował o tym któryś z dygnitarzy niemieckich. W pocz. XX w. zamek olsztyński pełnił funkcję urzędu – mieściły się w nim biura, w których przyjmowano petentów. Można więc przyjąć, że jeden z urzędników przebywając w Królewcu zwrócił uwagę na piec, który potem odwzorowano. Pierwotnie stał w innym miejscu olsztyńskiego zamku. Rozebrany i przeniesiony został w latach 70. XX w., gdy kładziono obecną posadzkę. Podłączono go do przewodu kominowego, ale nie jest już użytkowany, gdyż po złożeniu nie wypełniono go ponownie szamotem. Nie było takiej potrzeby – z góry założono, że nie będzie używany.

    Na Warmii piece pełniły funkcję grzewczą, dekoracyjną i dydaktyczną – zarówno w domach szlacheckich, jak i chłopskich. Kafle pięknie zdobiono – na ogół scenami rodzajowymi. W chłopskich chatach stawano piece przedstawiające zwykle całe cykle prac polowych. Gdy w zimowe wieczory rodzina zasiadała przy piecu, senior rodu wykorzystywał je jako ilustracje swych lekcji o pracach wykonywanych podczas poszczególnych pór roku.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Proboszcz Roku

    Proboszcz Roku

    Najlepsza emerytura to pod ziemię nura – odpowiada ze śmiechem ks. dr Ryszard Staszak, proboszcz w Sulistrowicach koło Wrocławia, na sugestię, żeby ograniczył aktywność, bo czas, aby coś “na leki” odłożyć. Mieszkańcy archidiecezji wrocławskiej przyznali mu tytuł Proboszcza Roku.

    Statuetkę wręczył 24 czerwca 2019 r. – w święto miasta Wrocławia i archikatedry wrocławskiej – osobiście metropolita wrocławski, ks. dr Józef Kupny. Uroczystość odbyła się w archikatedrze pod koniec Mszy św., sprawowanej za miasto Wrocław. W stallach zasiedli m.in. biskupi – w tym sufragan legnicki Marek Mendyk i ordynariusz świdnicki Ignacy Dec – oraz prezydent Wrocławia, Jacek Sutryk, dzierżąc na piersiach atrybut władzy – okazały łańcuch z herbem miasta. Obecny był też Andrzej Jaroch – przewodniczący Sejmiku Województwa Dolnośląskiego.

    Ks. Staszak odbudował kościół na szczycie Ślęży, zwanej świętą górą Ślązaków. W kościele był ogromny dół, bo posadzkę zerwali archeolodzy – niszcząc bezpowrotnie piaskowcowe płyty podłogowe i ambonę. Zniknął też kuty żyrandol. W takim stanie świątynia pozostała na długie lata, chyląc się ku upadkowi, tak, jakby komuś zależało, by chrześcijańska świątynia zniknęła ze Ślęży – miejsca szczególnego dla śląskiej kultury. Władze Sobótki wszczęły alarm, ówczesny metropolita wrocławski, abp Marian Gołębiewski, zwrócił się do ks. Staszaka o zajęcie się kościołem na Ślęży. Ten nie odmówił, choć wchodził w wiek emerytalny. Zbudował m.in. kaplicę w Sulistrowiczkach, która stała się miejscem pielgrzymkowym, a obecny metropolita – abp Józef Kupny – podniósł ją do rangi sanktuarium. Ma zatem doświadczenie w prowadzeniu budów. Nie miał tylko jednego – pieniędzy na remont kościoła na Ślęży. Z tym też sobie poradził. Msze św. na Ślęży zaczął odprawiać na schodach kościoła, niezrażony tym, że kilka kroków dalej palono ogniska i pieczono kiełbaski przez osoby odwrócone plecami do ołtarza. Ks. Staszak zawsze witał wszystkich – także tych przy ogniskach.

    Wielokrotnie próbowano ks. Staszaka zastraszyć. Gdy jechał na Ślężę, przy drodze spotykał takich, którzy układali dłonie na znak diabelskich rogów i syczeli, a bywało, że na drodze natrafiał na kamienie, które mogły uszkodzić auto. Co więcej, próbowano podpalić kaplicę w Sulistrowiczkach, rzucano na ks. Staszaka obelgi i groźby w Internecie, słano donosy do kurii. Ks. Staszak wszystko przetrzymał.

    – Nie wiem, czy zdołałbym sobie poradzić, gdyby nie wsparcie księdza arcybiskupa Józefa Kupnego – mówi dziś.

    Kościół na Ślęży po remoncie znów – podobnie jak przed wiekami – jest miejscem kultu i kultury. Wkrótce u stóp kościoła stanie pomnik księcia piastowskiego Bolka II Małego, dla którego wzorem jest tumba nagrobna tegoż księcia w mauzoleum w Krzeszowie. Ks. Bolko – ostatni książę śląski, który – jak pisał Długosz – do końca stał przy Polsce – zbudował na szczycie Ślęży zamek, na podwalinach którego zbudowano kościół. Ks. Staszak wyeksponował relikty zamku, uczy historii, umiłowania ziemi rodzinnej. Parafianie i turyści uwielbiają jego poczucie humoru, cenią za odwagę i otwartość. On zaś ma jeszcze jedno marzenie – chciałby, aby przy kościele na Ślęży powstało muzeum.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Śladami Czerwonego Barona w Świdnicy

    Śladami Czerwonego Barona w Świdnicy

    W Parku Sikorskiego w Świdnicy można zobaczyć od wiosny 2019 r. wierną replikę samolotu Czerwonego Barona, czyli barona Manfreda von Richthofen, asa lotnictwa I wojny światowej. Przez lata próbę wykorzystania Richthofena do promocji Świdnicy torpedowano. Argumentowano, że nie wypada, aby polskie miasto reklamowało się przy pomocy niemieckiego żołnierza.

    Zmienił się jednak prezydent miasta i podejście do wielu spraw. Richthofenowi nikt już wprawdzie w Świdnicy hołdów nie składa, ale zrozumiano wreszcie, że jego historia może być kolejnym wabikiem, który ściągnie do miasta turystów. Zorganizowano wystawy plenerowe – w wieży ratuszowej i w parku Sikorskiego oraz wykonano replikę Fokkera Dr 1 – identycznego samolotu, którym latał Richthofen. Oczywiście, pomalowany jest na czerwono – bo na taki kolor przemalował Rochtohefen swój samolot bojowy, zyskując przydomek Czerwonego Barona. Zginął w walce, ale żyje w legendzie. Do 1945 r. cieszył się w Świdnicy niemal kultem. W jego domu rodzinnym obok parku Sikorskiego było muzeum, po którym nie ma śladu – eksponaty wywieźli prawdopodobnie w 1945 r. Sowieci. Obecnie jest to wielorodzinny budynek mieszkalny, ale w ogrodzie zachował się poświęcony Czerwonemu Baronowi przedwojenny pamiątkowy głaz. Obok miejscowy pasjonat historii wmurował polską płytę pamiątkową. W wieży ratuszowej można przekonać się, jak mocno legenda Czerwonego Barona wykorzystywana jest we współczesnej popkulturze i marketingu. Władze Świdnicy, które też chcą z tego tortu wykroić spory kawałek, zachęcają do komercjalizacji pomysłu – w Informacji Turystycznej w Rynku można już kupić m.in. okolicznościowy znaczek turystyczny z wizerunkiem samolotu Czerwonego Barona, jego rodzinnej willi w Świdnicy i takie gadżety, jak samoloty, mapki, magnesy, kubki, koszulki, pocztówki.

    Replika samolotu kosztowała 47 500 złotych, z czego miasto wyłożyło tylko ok. 4 700 zł, ponieważ 85% to dofinansowanie unijne i 5% środki krajowe. Powstała w ramach projektu „Odlotowe miasta – Świdnica i Trutnov” ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego Programu Współpracy Transgranicznej 2014 -2020 INTERREG V-A Republika Czeska – Polska i budżetu państwa za pośrednictwem Euroregionu Glacensis.

    Na zdjęciu:

    7 czerwca 2019 r. replikę samolotu w Świdnicy obejrzała grupa czeskich dziennikarzy, w ramach wyjazdu studyjnego po Dolnym Śląsku, zorganizowanego przez Dolnośląską Organizację Turystyczną w ramach projektu „Wspólne Dziedzictwo” finansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach programu Interreg VA Republika Czeska – Polska.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Najwyżej ocenione dolnośląskie licea i technika. Przoduje Wrocław

    Fundacja Edukacyjna „Perspektywy” publikuje co roku listę najlepszych liceów i techników w Polsce. Zwycięzców najnowszego rankingu ogłoszono 10.01.2019 r. w Warszawie. Najlepsze licea na Dolnym śląsku działają we Wrocławiu: nr XIV im. Polonii Belgijskiej, nr III im. Adama Mickiewicza oraz Akademickie Liceum Politechniki Wrocławskiej. Wśród techników doceniono wrocławskie Technikum nr 10 w Elektronicznych Zakładach Naukowych i Technikum nr 13 im. Marii Dąbrowskiej oraz świdnickie Technikum nr 5 im. Wincentego Stysia. Nagrody wręczono 24.01.2019 r. podczas uroczystej gali w gmachu głównym Politechniki Wrocławskiej.

    Marek Perzyński

  • Opowieść o Polsce Katarzyny Popińskiej

    Opowieść o Polsce Katarzyny Popińskiej

    Katarzyna Popińska jest jedną z nielicznych we Wrocławiu malarek – batalistek. Kontynuuje dzieło Jana Matejki, który ilustrując pędzlem dzieje Polski stoczył bój o pamięć historyczną w czasie zaborów.

    Przez pryzmat obrazów Matejki patrzymy dziś na większość wydarzeń historycznych, m.in. hołd pruski i bitwę pod Grunwaldem. Po 123 latach Polska znów stała się ciałem, o czym w setną rocznicę odzyskania niepodległości w 2018 r. opowiedziano na rożne sposoby. Najbardziej do wyobraźni przemawia obraz – w wydaniu Katarzyny Popińskiej zyskuje on nie tylko rangę dokumentu. Pokazuje, jak postrzegają zmagania o wolny kraj Polacy w XXI w. Jak trafne to spojrzenie, można ocenić osobiście. Wystawę Katarzyny Popińskiej pokazano w centrum Wrocławia: w Klubie Muzyki i Literatury.

    – Motywy patriotyczno-historyczne należą do moich ulubionych, utożsamiam się z chlubnymi dziejami oręża polskiego, a są one wspaniałe, co powinno napawać nas dumą – mówi autorka. – Tradycje wojskowe mojej rodziny sprawiły, że mam ogromny szacunek dla ludzi służących narodowi i państwu polskiemu. Wystawę zadedykowałam swojemu ojcu – pułkownikowi Wojska Polskiego.

    Koniec wystawy zaplanowano na luty 2019 r. Trwa od listopada 2018 r. Towarzyszy jej katalog. Pieczę nad ekspozycją objął Ryszard Sławczyński, dyrektor Klubu Muzyki i Literatury we Wrocławiu.

    Na zdjęciu: Katarzyna Popińska podczas wernisażu w Klubie Muzyki i Literatury. Zdjęcie użyczone przez autorkę wystawy.

    Marek Perzyński

  • Mural dedykowany Wandzie Rutkiewicz. Z okazji stulecia praw wyborczych kobiet w Polsce

    Mural dedykowany Wandzie Rutkiewicz. Z okazji stulecia praw wyborczych kobiet w Polsce

    Ścianę budynku przy ul. Legionów 4a we Wrocławiu zdobi od 8 grudnia 2018 r. mural poświęcony Wandzie Rutkiewicz, wieloletniej mieszkance Wrocławia, pierwszej Polce i trzeciej kobiecie na świecie, która zdobyła Mount Everest.

    Jako pierwsza Polka i pierwsza kobieta zdobyła też K2. Co więcej, spośród czternastu ośmiotysięczników zdobyła osiem. Oprócz Mount Everestu i K2 weszła na Nanga Parbat, Sziszapangmę, Gaszerbrum II, Gaszerbrum I, Czo Oju i Annapurnę.

    Rysunek widoczny na wrocławskim muralu upamiętnia jej wyprawę w Pireneje w 1969 r. z początków kariery. Nawet lina wspinaczkowa układa się na nim tak samo, jak na zdjęciu, które zachowało się w archiwach Ministerstwa Sportu i Turystyki.

    Wanda Rutkiewicz zaginęła w maju 1992 r. podczas ataku szczytowego na Kanczedzongę. Swojej siostrze mówiła wcześniej: „Jeśli zginę w górach, to znaczy, że tak miało być”.

    Mural powstał na podstawie rysunku Marty Frej, a namalowany został przez panie z firmy Red Sheels w ramach akcji „Kobiety na mury” z okazji obchodów stulecia praw wyborczych kobiet w Polsce.

    W ramach tej samej akcji w Katowicach wykonano mural dedykowany dr Jolancie Wadowskiej-Król, która w PRL-u ratowała dzieci z ołowicą, a w Warszawie rozpoczęły się prace nad uhonorowaniem w ten sam sposób zmarłej w 2018 r. wybitnej piosenkarki, Kory. We Wrocławiu partnerem akcji jest Urząd Miejski Wrocławia.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (13): Zespół śpiewaczy „Malwy” w Kuraszkowie

    Encyklopedia Dolnoślązaka (13): Zespół śpiewaczy „Malwy” w Kuraszkowie

    Zespół śpiewaczy „Malwy” w Kuraszkowie w gminie Oborniki Śląskie w powiecie trzebnickim, działa od 1964 r., wyłonił się spontanicznie z Koła Gospodyń Wiejskich po powrocie z dożynek w Trzebnicy, na których okazało się, że trzeba ośpiewać zgodnie z obyczajem wieniec. Liczy ponad 20 osób, w tym część występujących w nim od początku. Śpiewakom przygrywa diabeł i inne instrumenty: skrzypce i akordeon. Szefem organizacyjnym zespołu jest Jerzy Abrycki, który na spotkaniu z miłośnikami kultury tradycyjnej służy kartkami z przepisami na m.in. rożek wielkanocny, żur staropolski i kaszankę, obowiązkowe dania na wielkanocnym stole „Malw”. Kuraszków zasiedlony został po II wojnie światowej przez osadników z różnych stron Polski. Dominujące grupy przybyły z Wielunia w Łódzkiem i z Kieleckiego, ale żadna wsi kulturowo nie zdominowała, zatem zespół „Malwy” zmuszony zostały do stworzenia wspólnego kulturowego mianownika dla wszystkich swoich członków. W latach 70. XX w. za radą etnografów-muzealników inkorporował przedwojenny strój dolnośląski, którym posługiwali się Niemcy. Przyjął więc obcy wzorzec, jednak nie powinno być to przedmiotem krytyki, ponieważ pewne procesy kulturowe są nieuniknione i zdeterminowane lokalnymi uwarunkowaniami. Stroje uszyto z modnego wówczas bistoru i służą członkiniom zespołu do dzisiaj.

    Na zdjęciu:

    Zespół „Malwy” z Kuraszkowa z Arkadiuszem Poprawą (pierwszy z prawej), który w okresie, gdy zrobiono zdjęcie, był wicestarostą trzebnickim, a jesienią 2014 r. został burmistrzem Obornik Śląskich.

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (12): Anatol Jan Omelaniuk

    Encyklopedia Dolnoślązaka (12): Anatol Jan Omelaniuk

    Omelaniuk Anatol Jan (ur. 1932 – zm. 2017), regionalista, autor licznych publikacji o idei ruchu regionalnego, od 1998 prezes, a potem prezes honorowy Dolnośląskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego (obecnie Dolnośląskie Towarzystwo Regionalne). Z Dolnym Śląskiem związany od 1961, przez 55 lat członek, a przez 35 lat członek władz DTSK. Przyczynił się do masowego rozwoju regionalnych stowarzyszeń kulturalnych na Dolnym Śląsku, utworzenia Ośrodka Regionalizmu Dolnośląskiego i powstania Wydawnictwa DTSK „Silesia”, dzięki czemu wydano szereg monografii miast dolnośląskich, m.in. Oławy i Legnicy. W l. 1981-2002 (z przerwą w czasie stanu wojennego) przewodniczący Rady Krajowej Regionalnych Towarzystw Kultury. W tym czasie podwoiła się liczba stowarzyszeń regionalnych w Polsce. Kierownictwo DTSK po Anatolu J. Omelaniuku przejął dr Stefan Bednarek.

    Fot: Anatol Jan Omelaniuk przemawia podczas zjazdu regionalistów we Wrocławiu, 2015 r. 

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (11): Wykroty

    Encyklopedia Dolnoślązaka (11): Wykroty

    Wykroty, wieś w gminie Nowogrodziec w powiecie bolesławieckim, po II wojnie światowej zasiedlona przez przez polskich reemigrantów z terenów ówczesnej Jugosławii i Polaków wysiedlonych z Kresów wschodnich Polski zagarniętych wówczas przez Związek Sowiecki. Pochodzenie mieszkańców odzwierciedla zestaw potraw świątecznych, aczkolwiek różnice w znaczny sposób już się zatarły. 16.12.2017 podczas wojewódzkiego przeglądu tradycyjnych stołów wigilijnych we Wrocławiu Koło Gospodyń Wiejskich w Wykrotach zaprezentowało stół kresowy typowy dla wsi Żydaczów koło Lwowa, skąd pochodzą rodzice Marii Piątki, szefowej tego KGW. Na nim m.in.: kutia, pierogi, barszcz z uszkami, śledzie, tyle że dawniej były całe (z mleczem), a obecnie są wypatroszone już na etapie sprzedaży.

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (10): lubiński Pomnik Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej

    Encyklopedia Dolnoślązaka (10): lubiński Pomnik Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej

    Lubiński Pomnik Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej, zbudowany z dwóch głazów, z których jeden jest ogromny i to na nim umieszczono napis wkomponowany w wizerunek orła tożsamego z polskim godłem narodowym. Usytuowany został w pobliżu kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa (zwanego popularnie małym kościołem), a odsłonięty w 2013, zatem trzy lata przed uchwałą Sejmu RP, która głosi m.in. że „Ofiary zbrodni popełnionych w latach 40. przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w sposób należyty upamiętnione, a masowe mordy nie zostały nazwane – zgodnie z prawdą historyczną – mianem ludobójstwa”. Jednocześnie Sejm uchwalił dzień 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Inicjatorzy budowy pomnika: grupa mieszkańców Lubina z Krzysztofem Kubów, posłem partii Prawo i Sprawiedliwość z okręgu jeleniogórsko-legnickiego.

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (9): Hieronimus Krebel

    Encyklopedia Dolnoślązaka (9): Hieronimus Krebel

    Krebel Hieronimus, wrocławski architekt. Poświęcona mu płyta epitafijna z 1506 r. zachowała się na północnej ścianie kościoła św. Krzysztofa (na zdjęciu) we Wrocławiu, który służy obecnie Niemcom wyznania ewangelickiego [1, s. 45].

    [1] Ks. Andrzej Fober: 750 lat kościoła św. Krzysztofa we Wrocławiu, „Nowe Życie”, nr 11/511, listopad 2017.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Prof. Wojciech Witkiewicz – wybitny chirurg i po prostu dobry człowiek, a od 15 listopada 2017 r. również doktor honoris causa Politechniki Wrocławskiej

    Prof. Wojciech Witkiewicz – wybitny chirurg i po prostu dobry człowiek, a od 15 listopada 2017 r. również doktor honoris causa Politechniki Wrocławskiej

    Prof. Wojciech Witkiewicz, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu, został kolejnym doktorem honoris causa Politechniki Wrocławskiej. Wręczenie tytułu to główny punkt święta tej uczelni przypadającego 15 listopada, na pamiątkę wygłoszenia tego dnia w 1945 r. przez prof. Kazimierza Idaszewskiego pierwszego wykładu na Politechnice Wrocławskiej w jej powojennych dziejach.

    Święto Politechniki Wrocławskiej obchodzone jest od 1984 r. 15 listopada to również we Wrocławiu Święto Nauki.

    Kadra naukowa przybyła do Wrocławia ze Lwowa, który zaanektował Związek Sowiecki. Nieprzypadkowo więc na terenie Politechniki Wrocławskiej (skwer prof. Kazimierza Idaszewskiego) stanął Pomnik Martyrologii Profesorów Lwowskich. Złożenie pod nim kwiatów jest jednym z punktów obchodów święta tej uczelni.

    Uroczystość nadania doktoratu honoris causa Politechniki Wrocławskiej odbyła się w auli gmachu głównego. Przybył m.in. kardynał Henryk Gulbinowicz, metropolita wrocławski senior. 

    Warto zaznaczyć, że prof. Witkiewicz jest niezwykle cenionym chirurgiem, a przy tym doskonałym organizatorem – kierowany przez niego szpital zaliczany jest do najlepiej prowadzonych w regionie. Ma status jednostki badawczej. Prof. Witkiewicz znany jest jednak głównie z tego, że widzi nie „przypadek medyczny”, ale po prostu człowieka i jego problem, któremu stara się zaradzić. To zaleta, którą dostrzegł u prof. Witkiewicza nawet papież i nadał mu order św. Sylwestra. Jest to jednoznaczne z podniesieniem do stanu szlacheckiego.

    Tekst i fot. Marek Perzyński ©