Kategoria: Podróże Dolnoślązaków

  • Uzdrowisko Velichovky. Echa amerykańskiej misji wojskowej

    Uzdrowisko Velichovky. Echa amerykańskiej misji wojskowej

    Na obszarze polsko-czeskiego pogranicza czeskie Velichovky to jedno z najmniejszych uzdrowisk, ale o wielkiej historii. Świat dowiedział się o nim, gdy ulokował w nim sztab feldmarszałek Schörner, jeden z ulubionych dowódców Hitlera, w wyniku którego zbrodniczej działalności ucierpiała m.in. ludność dolnośląskiej Świdnicy. Kuracjuszy interesuje jednak przede wszystkim miejscowe… błoto.  

    Chodzi o borowinę – po czesku peloidní, od greckiego pelos – błoto. Velichovky jako uzdrowisko zaistniało głównie dzięki niej. Jest bardzo gęsta, charakteryzowana jako „borowinowa gleba kredowa, nawodniona źródłami wody z zawartością węglanu wapnia i żelaza”. Złoże, z którego jest czerpana, znajduje się niedaleko uzdrowiska. Można z niego czerpać bez obaw, że szybko się skończy – jego zasoby wystarczą jeszcze na 150-200 lat. Stąd profil leczniczy uzdrowiska: głównie rehabilitacja w zakresie chorób układu ruchu, po urazach, przed i po operacji kości i stawów. 

    Wśród kuracjuszy uzdrowiska był prezydent pierwszy prezydent Czechosłowacji, TG Masaryk. Przebywał w nim w 1926 r., co podkreślają w Velichovkach prawie na każdym kroku, jako że Masaryk cieszy się w Czechach niemal kultem.

    Nic dziwnego, że imię Masaryka otrzymał dom zdrojowy, największa, bardzo okazała neostylowa budowla stojąca w centrum uzdrowiska. Nawiązuje do klasycyzmu i konstruktywizmu. Rozpoczęta w 1923 r. budowa zakończona została trzy lata później, więc Masaryk był jednym z pierwszych gości domu zdrojowego. Obiekt ten wzniesi9ony został na planie wydłużonego prostokąta, który pośrodku przełamano pawilonem centralnym z wejściem głównym. Pierwotnie był to budynek jednopiętrowy, ale już w 1936 r. wzniesiono nad nim kolejne piętro, a współcześnie nadbudowano kolejne – w latach 2005-2006 nad prawym skrzydłem i w 2016 r. nad lewym. Dzięki temu oprócz tego, że w domu zdrojowym są pokoje kuracjuszy i jadania jest w nim wykonywanych większość zabiegów leczniczych. Podniosło to wskaźniki ekonomiczne uzdrowiska, które po tym, jak zostało z powodów niewydolności ekonomicznej zamknięte, znalazło się w rękach prywatnego przedsiębiorcy, bynajmniej nie z branży medycznej.

    Torfowisko, z którego pozyskiwana jest borowina, było tu „od zawsze”, ale nie budziło większego zainteresowania do czasu aż zwrócił na nie uwagę dr dr Kącik. Pozyskana z niego borowinę zastosował z sukcesem w swym uzdrowisku w Hořičkach. Ale potrzebna była szczegółowa analiza, by potwierdzić jednoznacznie jej właściwości. Tę wykonał wiedeński balneolog, dr Ludwig. Badania wykazały jednoznacznie, że to wyborne tworzywo lecznicze. Dr Ludwig zasugerował jego  wykorzystanie w uzdrowisku, ale te w Velichowkach trzeba było dopiero stworzyć. Znalazł się prywatny inwestor, który zaczął wznosić pierwsze obiekty. Kamień węgielny położono w 1897 r. W sumie powstały trzy obiekty. Dom zdrojowy zaprojektowano zgodnie z obowiązującym wówczas kanonem, wypracowanym dla uzdrowisk w XIX w., zgodnie z którym oferta kurortu powinna obejmować nie tylko leczenie, ale i urozmaicone rozrywki, bowiem psyche wpływa na fizis. Znalazły się w nim gabinety zabiegowe, restauracja uzdrowiskowa, sala balowa, klub i zaplecze techniczne: maszynownia i kotłownia. Dodatkowo powstały obiekty noclegowe, nawiązujące nazwami imionami założycieli: Vejtĕška’ (czyli Berta) i „Jela” (czyli Gabriela) określana też mianem „Wili Domowej”. Budowę obiektów ukończono w 1898 r. i wówczas to wspomniane inwestorki – baronowe Berta Bess-Chrostin i Gabriela Spens-Boden – założyły spółkę akcyjną, za namową dr. Kutíka i hrabiego Harracha z miejscowości Hrádek koło Nechanice. Rozpoczął się pierwszy turnus uzdrowiskowy. Od początku uzdrowisko nastawione były na rehabilitację osób z chorami stawów.

    Maleńkie uzdrowisko nie miało jednak odpowiedniej siły przyciągania. Baronowa Berta Bess-Chrostin zdecydowała o przekazaniu sporej działki budowlanej inż. Hellmanowi, na której ten wzniósł w 1899 r. obiekt „Molo” (obecnie „Villa Zátiši”). W identyczny sposób w posiadanie działki wszedł Karel Seisser, w efekcie czego w krajobrazie uzdrowiska zaistniał w 1901 r. obiekt „Jenny’ (obecnie „Villa Čechie”). Trzeci istniejący do dziś historyczny obiekt – „Willa Morava”, nosił pierwotnie nazwę „Skal”. Inwestorką była córka baronowej Berty. Już w 1912 r. willa ta sprzedana została Aleksandrowi Herzogowi, ale pozostała w jego rękach tylko sześć lat. W 1918 r. kupili ją małżonkowie Nĕmc z Hradca Králové.

    Uzdrowisko, które początkowo pomyślnie się rozwijało, zaczęło powoli gasnąć z powodów ekonomicznych. Baronowa Berta Bess-Chrostin stanęła przed dylematem: albo je sprzedać, albo zamknąć. Wybrała, co zrozumiałe, pierwsze rozwiązanie. Tak w 1907 r. część posiadłości znalazła się w rękach Karla Seissera, a właściwe uzdrowisko kupił Josef Moravec z Hradca Králové i zaaplikował mu terapię szokową: kazał bardziej oszczędzać.

    W 1912 r. Moravec sprzedał uzdrowisko centrali zakładu ubezpieczeń zdrowotnych w Pradze, która zapoczątkowała nową erę w jego historii. Budynki zmodernizowano, kupiono 10 ha pod budowę nowych obiektów. Projekt wykonał architekt, dr Milan Babuska. Wówczas powstał m.in. istniejący do dziś dom zdrojowy, z czasem kilkakrotnie rozbudowany.

    Po zajęciu Czechosłowacji przez Niemców działalność uzdrowiska ograniczono. Oprócz pacjentów kierowano do niego niemieckie dzieci. W marcu 1942 r. zamieniane zostało w ambulatorium wojskowe. Pod koniec wojny, 15 kwietnia 1945 r., całe zajął feldmarszałek Ferdinand Schörner, dowódca Armii Środek, zaufany człowiek Hitlera.

    W niewielkich Velichovkach (liczą obecnie niespełna 800 stałych mieszkańców) zakwaterowano 1000 żołnierzy, a cała operacja przebiegała pod kryptonimem „Florian”. Żołnierzy zakwaterowano w szkole, domach mieszkańców i hotelu „U Kopeckých”, gdzie się też stołowali. Oficerowie, SS i służba pomocnicza zajęli różne domy wchodzące w skład uzdrowiska oraz – zburzone po wojnie – tzw. stare łaźnie. Natomiast sztab ulokowano w domu zdrojowym. Schörner upatrzył sobie willę dyrektora uzdrowiska, gdzie zapewniono mu naprędce ochronę i wygody – oprócz schronu przeciwlotniczego miał w nim do dyspozycji saunę fińską.

    Gdy doszło do Schörnera, że delegacja niemiecka pod dowództwem generała Alfreda Jodla podpisała w siedzibie generała Eisenhowera akt wstępnej kapitulacji III Rzeszy, stwierdził, że on broni nie złoży. Niemiecki sztab, stacjonujący w Flensburgu, poirytowany postawą Schörnera  zwrócił się z prośbą do zachodnich aliantów, by umożliwili mu wysłanie kuriera do Velichovek.

    Kurierem został niemiecki pułkownik sztabu generalnego Wilhelm Meyer-Detring. Poleciał angielskim samolotem 7 maja 1945 r., który wyleciał z Flensburga i wylądował w Pilźnie. Stąd Amerykanie zawieźli go do Velichvek. Jeszcze tego samego dnia, 8 maja, Niemcy dokonali likwidacji sztabu. Z okien domu zdrojowego wyrzucili nie tylko dokumenty, które spalili w kilku wielkich ogniskach na sąsiednim podwórku, ale i maszyny do pisania, radiostacje, telefony. Wcześniej w nocy z 7 na 8 maja splądrowali wieś – domy, karczmy i gospodarstwa, w poszukiwaniu żywności, alkoholu i tytoniu. Zniszczono też wyposażenie kwatery Schörnera, nawet saunę fińską.     

    Kolumna amerykańskich samochodów bojowych z niemieckim kurierem dotarła na miejsce 8 maja rano. Spotkanie stron – Schörnera, niemieckiego kuriera i amerykańskiej delegacji wojskowej pod dowództwem ppłk. Roberta H. Pratta – odbyło się w domu zdrojowym. Schörner, który już wcześniej planował przedostać się na zachód i poddać Amerykanom, obiecał wydać rozkaz kapitulacji, zastrzegł jednak, że nie może zagwarantować, iż wszystkie oddziały będą go respektować. I rzeczywiście, część Armii Środek walczyło dalej, aż do zajęcia Pragi przez Armię Sowiecką, która zmusiła hitlerowskie niedobitki z armii Schörnera do złożenia broni.

    Po rokowaniach Amerykanie i Niemcy opuścili zaraz Velichovky. O godz. 13.00 nie było tutaj już ani jednego żołnierza, zostały zniszczenia, których dokonali. Ucierpiały wszystkie budynki. Jak się okazało, Schörner po opuszczeniu Velichovek zdezerterował. Zbiegł do Austrii. Nie zdołał się ukryć. Amerykanie schwytali go. Ponownie został aresztowany w 1951 r. przez Sowietów i skazany na więzienie. Siedział w nim jeszcze raz, w RFN, po tym, jak w 1958 r. pozwolono mu tam wyjechać z NRD. Trafił do niego na 4,5 roku, za bezprawne skazywanie na śmierć żołnierzy niemieckich oskarżonych za dezercję. Ale i to przetrwał, po wyjściu z więzienia żył jednak w ukryciu. Zmarł w 1973.

    Willa, którą Schörner zajmował w Velichovkach, jest obecnie niewykorzystana. Stoi nieopodal domu zdrojowego, przed którym ustawiono w 1997 r. niewielki pomnik upamiętniający amerykańską misję, której celem było definitywne zakończenie wojny. Drugim miejscem, gdzie wydarzenia z tamtych czasów zostały upamiętniono, jest dawny hotel na skraju parku Zdrojowego. Na jego elewacji bocznej wisi tablica pamiątkowa.

    Literatura:      

    Velichovky: www.wikipedia.org

    Velichocky historie: www.velichovky.cz

    Ferdinand Schörner: www. wikipoedia.pl

    Tekst i fot. Anna Kurek-Perzyńska

    Na zdjęciu: willa, którą Schörner zajmował w Velichovkach.

  • Twierdza Hanička

    Twierdza Hanička

    Tuż przy granicy z Polską, w Górach Orlickich, na wysokości Międzylesia, można zwiedzać wzniesioną przez Czechów tuż przed II wojną światową twierdzę artyleryjską, którą nazwano imieniem dziewczynki – Hanička. W czasie zimnej wojny władze komunistycznej Czechosłowacji przebudowały ją na schron przeciwatomowy. Nagle zaczyna migać czerwone światło, otwierają się ogromne pancerne drzwi. Jedno z najbardziej tajnych miejsc w Układzie Warszawskim staje otworem.   

    Budynek wejściowy przypomina zwykły zakład remontowy lub hale magazynowe, nic nie zdradza, że to grupa warowna. Wzniesiona została w latach 1935-1938, okresie, gdy państwo czechosłowackie realizowało zakrojony na wielką skalę plan budowy umocnień na ówczesnym pograniczu z III Rzeszą. Trudno dziś nawet oszacować koszty budowy, były ogromne, prace prowadziły wysokospecjalistyczne czeskie prywatne firmy. Od 1936 r. twierdzę Hanička budowała firma inżyniera Hlavy z Pragi.

    Prace budowlane doprowadzono do końca, w ciągu 24 miesięcy wzniesiono wszystkie sześć obiektów naziemnych i ok. 1500 m podziemnych korytarzy, komunikujących te obiekty ze sobą. Powstało coś na kształt podziemnego miasteczka, w którym można było się bronić i atakować. W zamierzeniu zasięg dział miał sięgać aż w okolice dziś polskiego Międzylesia, wówczas niemieckiego Mittelwalde. W sumie zbudowano tutaj trzy schrony przeciwpiechotne, obiekt dla wysuwanej wieży artyleryjskiej i obiekt największy w tym kompleksie – schron artyleryjski.

    Niemcy zajęli czeskie Sudety w 1938 r., zanim Czesi zdołali wyposażyć Haničkę w odpowiednie dla tego typu obiektu wojskowego technologie. Wykorzystali twierdzę na przełomie 1939-1940 jako swego rodzaju poligon doświadczalny – prowadzili szeroko zakrojone próby pocisków röchling, sprawdzając ich skuteczność podczas ataku umocnionych obiektów. Wiadomo też, że w budynku wejściowym testowali gaz wybuchowy, ale nie udało się ustalić, kiedy tych testów dokonywali. Ponadto jeden ze schronów przeciwpiechotnych poddali bombardowaniom lotniczym. Zdobyte w ten sposób doświadczenia wykorzystali podczas wojny z Polskę, Francją i Anglią. Wcześniej Francja i Anglia próbowały kupić pokój, zatwierdziły układ monachijski, na mocy którego hitlerowskie Niemcy zagarnęły w 1938 r. czeskie Sudety zamieszkałe przez Niemców.

    W 1942 r. wojna toczyła się już na dobre, gdy Niemcy udostępnili Haničkę… turystom. Z tamtego okresu zachowało się podziemne napisy orientacyjne, pierwszy – Ausgang, czyli kierujący do wyjścia, można zobaczyć w budynku wejściowym.

    Powojenne wykorzystanie twierdzy można prześledzić od 1969 r., gdy obiektem tym zarządzała ówczesna Miejska Rada Narodowa w Rokytnicy v Orlických horách. W 1975 r. nadzór nad nim przejęło ministerstwo spraw wewnętrznych. Trwała zimna wojna, najwyższe władze komunistyczne państwa czechosłowackiego obawiały się ataku nuklearnego. Dawną twierdzę przebudowano na schron przeciwatomowy. Nie była to samodzielna decyzja, inwestycję przeprowadzono w ramach Układ Warszawskiego, co znaczy, że zgodę na jej realizację musieli wydać Sowieci. Jak podaje folder informacyjny o twierdzy, był to obiekt „z priorytetem kryzysowej łączności na wszystkich poziomach, także w ramach Układu Warszawskiego. Jednocześnie miał on zapewnić kontakt z pracownikami nielegalnego zagranicznego wywiadu”. Innymi słowy – była to placówka wywiadu. W razie kryzysu, długi pobyt pod ziemią umożliwiały własne ujęcie wody z bijącego ze skały źródła, system filtrów powietrza, generatory prądotwórcze i kanalizacja, ścieki odprowadzane są wprost na zewnątrz. Czeski przewodnik pytany o obecną możliwość wykorzystania schronu w razie ewentualnego zagrożenia atomowego (odpukać!), odpowiada, że byłoby to niemożliwe. Instalacje są przestarzałe, urządzeń od dawna nikt nie używał, dziś to tylko muzeum. Obiekt udostępniany jest turystom od 1995 r. Od 2008 r. ma status zabytku kultury. 

    Obok grupy warownej Hanička znajduje się utwardzony parking, także dla autokarów. Przeznaczony jest nie tylko dla turystów zwiedzających twierdzę i wyruszających na okoliczne trasy turystyczne Szlaku im. Jiraska (Hanička znajduje się na terenie Parku Krajobrazowego Góry Orlickie). Do Hanički prowadzi wygodna, utwardzona droga.   

    Tekst i fot. Anna Kurek-Perzyńska

    Pancerne drzwi schronu przeciwatomowe w dawnej twierdzy artyleryjskiej Hanička.

  • Orlické Záhoři. Unikatowa betonowa zapora

    Orlické Záhoři. Unikatowa betonowa zapora

    Przez most na Dzikiej Orlicy w Mostowicach na ziemi kłodzkiej biegnie polsko-czeska granica, której dziś nikt już nie pilnuje. Do 1938 r. była to granica czechosłowacko-niemiecka, której Czesi od swej strony we wsi Orlické Záhoři pilnie strzegli z obawy przed niemieckimi prowokacjami i dywersyjną działalnością swych nielojalnych obywateli – Niemców sudeckich.

    Niemcy zakatowali w Orlické Záhoři swego niemieckiego sąsiada, gdy zorientowali się, że współpracuje z czeskimi pogranicznikami. Niemym świadkiem tamtych dni jest mało efektowny, ale unikatowy zabytek graniczny: betonowy kloc.

    Kloc był częścią czeskiego posterunku celnego, który znajdował się w Orlické Záhoři nieopodal granicznego mostu. W latach 60. XX w. w miejscu budynku posterunku stanął nowy dom, aczkolwiek wygląda jak stara malownicza chata, jakich wiele po czeskiej stronie Sudetów. W efekcie zmieniło się usytuowanie domu względem betonowego kloca, co utrudnia zrozumienie, jaką rolę pełnił.

    A uniemożliwiał przejazd przez granicę bez kontroli celno-paszportowej. Droga prowadziła wówczas wzdłuż ściany bocznej strażnicy granicznej do przejazdu, który tarasowała opuszczana zapora, na tyle masywna, by nie zdołał staranować jej samochód. Z boku zapory postawiono betonowy kloc, by pojazd nie zdołał jej ominąć. Dodatkowo, by uniemożliwić obejście kloca, wbito obok niego stalowe szyny, które zachowały się do dziś. Widoczne w betonowym klocu wgłębienie to ślad po odblasku, dzięki któremu kierowca był w stanie zauważyć go w porę nawet nocą. Identyczne zabezpieczenia znajdowały się w latach 1936-1938 w 2400 punktach granicznych na granicach Czechosłowacji z Niemcami, Polską i Węgrami. Zachowane w Orlickie Záhoři to już unikat. I pretekst do tego, by opowiedzieć, co działo się na czechosłowackich terenach, na których dominująca ludnością byli Niemcy. Takim terenem była m.in. czeska strona Sudetów.

    Jak wyjaśnia Jan Hrubecký, kierownik muzeum bitwy austriacko-pruskiej pod Hradec Králové, znawca historii regionu, czeski patriota, Niemcy byli w cesarstwie austriackim nacją faworyzowaną. Korzystając z prymarnej pozycji kolonizowali różne rejony cesarstwa, jak np. rejon Lubaczowa na Podkarpaciu, gdzie do dziś mieszkają potomkowie Niemców z okresu kolonizacji józefińskiej, spolonizowali się,  a jeden z nich, Wiesław Kapel, pełni z sukcesami funkcję wójta gminy Lubaczów. Rządzone zatem przez Habsburgów państwo było istnym tyglem narodów. Zamieszkałe było m.in. przez Polaków (zabór austriacki) i Czechów. Rozpadło się w 1918 r., już wówczas Czesi i Słowacy mogli utworzyć swe osobne państwa, ale powołali państwo federacyjne,  by wzmocnić swą pozycję na arenie międzynarodowej. Decyzja ta zdeterminowana była przede wszystkim położeniem Czech i Słowacji pomiędzy znacznie silniejszymi i zaborczymi Austrią i Niemcami.

    Jan Hrubecký podkreśla, że Niemcy generalnie nie byli lojalnymi obywatelami Czechosłowacji, wprost przeciwnie – dążyli do oderwania zamieszkanych przez siebie terenów od Czechosłowacji i przyłączenia ich do Niemiec. W ramach zadań operacyjnych czechosłowacka żandarmeria prowadziła wśród niemieckiej ludności akcję werbunkową, by pozyskać informatorów. W Orlickie Záhoři to się udało. Takie małe wsie mają jednak tę specyfikę, że trudno się w nich ukryć i coś zataić. Niemcy z Orlickie Záhoři odkryli, że ich sąsiad jest tajnym informatorem Czechów. Dokonali na nim samosądu – został przez nich zakatowany na śmierć. Lincz odbył się w centrum wsi. Czescy żandarmi nie zdołali mu pomóc, choć maltretowany Niemiec krzyczał rozpaczliwie i tak głośno, by usłyszał go żandarm mający stanowisko obserwacyjne na skraju lasu.

    W 1938 r., na mocy układu monachijskiego, te czechosłowackie tereny, na których dominowała ludność niemiecka, włączone zostały do III Rzeszy. Francja i Anglia miały nadzieję, że po zaspokojeniu żądań Hitlera kupią Europie pokój. Tylko jednak umocniły Niemców w przekonaniu, że nie liczy się siła argumentu, tylko argument siły. Tu trzeba zaznaczyć, że według polskich historyków układ monachijski był wypadkową m.in. ugodowej polityki pierwszego prezydenta Czechosłowacji, Masaryka. Natomiast z czeskiej perspektywy II wojna światowa rozpoczęła się nie 1 września 1939 r., lecz jesienią 1938 r., gdy III Rzesza zajęła część terytorium Czechosłowacji.

    Po przegranej Niemców Czesi wysiedlili Niemców sudeckich, wiele opuszczonych domów nie zasiedlono, popadły w ruinę. Przyczyniła się do tego polityka państwa czechosłowackiego, by tereny nadgraniczne wyludnić, dzięki czemu łatwiej było je kontrolować. Identyczną politykę prowadziły władze polskie w pasie przygranicznym na ziemi kłodzkiej. Pozostały nieliczne domy, opuszczone cmentarze, dziczejące sady i popadające w ruinę kościoły. Jedną z takich wsi jest położony tuż przy polskiej granicy Neratov, który dostał współcześnie nowe życie dzięki księdzu opiekującemu się wraz z wolontariuszami osobami niepełnosprawnymi. Jego symbolem stał się ogromny, stojący na wzgórzu barokowy kościół, który podniesiono z ruiny i nakryto – co niezwykłe – ogromnym szklanym dachem.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

    Na zdjęciu: w miejscu dawnej strażnicy granicznej w Orlickie Záhoři zbudowano w latach 60. XX w. dom, obok którego zachowała się zabytkowa betonowa zapora graniczna.  

  • Hradec Králové. Trzy miliony eksponatów i twierdza

    Hradec Králové. Trzy miliony eksponatów i twierdza

    Muzeum Wschodnich Czech w Hradec Králové opowiada też po części historię… Dolnego Śląska. Po shołdowaniu Piastów śląskich, wszedł on bowiem w orbitę historii Królestwa Czech. I iście królewską oprawę dostała historia w muzeum w Hradec Králové. Secesyjny gmach wzorowano na monumentalnych antycznych świątyniach, z ogromnymi posągami, centralną kopułą i „ołtarzem” w holu.

    A zrealizowano projekt… skromniejszy. Pierwszy odrzucono, jako zbyt kosztowny, z przesadną dekorację i luksusowy design.

    Oba projekty – odrzucony (z 1907 r.) i zrealizowany (w latach 1909-1912) – wykonał Jan Kotĕra, wybitny czeski architekt początku XX w. Muzeum wzniesiono na planie krzyża łacińskiego, na skrzyżowaniu naw zbudowano przeszkloną kopułę, a do wnętrza prowadzi monumentalne wejście, z obu stron którego umieszczono dwie ogromne rzeźby. Przyjmuje się, że pierwsza jest alegorią historii, a druga przemysłu. Trzecia rzeźba, towarzysząca jednej z dwóch pierwszych, wykonana została z brązu i wyobraża zapewne Franciszka Ulricha. Został burmistrzem Hradca Králové młodo, w wieku 36 lat, ale już wówczas wiązano z nim ogromne nadzieje na rozwój miasta. I nie pożałowano wyboru.

    Monumentalizm gmachu podkreśla okazała fontanna, usytuowana na wprost fasady, wyznaczają oś symetrii. Fontannę tę wydają się flankować optycznie obie rzeźby na fasadzie nad strefą wejściową. 

    Co ciekawe, Kotĕra otrzymał zlecenie na wykonanie projektu, ale na to, co zaproponuje, oczekiwano z mieszanymi uczuciami. Był człowiekiem młodym, zasłynął jako postępowy architekt, więc było wiadome, że jego propozycja będzie nietuzinkowa, ale obawiano się, że będzie… zbyt postępowy. I faktycznie, doszło do spięcia, bowiem Kotĕra zaprojektował asymetryczny obiekt. Otto Wagner, jego nauczycielowi, nie spodobał się, ale Kotĕra postawił na swoim.

    Kotĕra wykorzystał m.in. nowy wówczas materiał, jakim był żelbeton, co wiele osób zaskakuje, gdy patrzy na jego fasadę. Wygląda bowiem na otynkowaną, ceglaną budowlę. Gdy powstawała, wokół były puste, niezabudowane przestrzenie, co świadczy o dalekowzroczności urzędników. Już wówczas planowali, że miasto się rozrośnie. Dziś budynek stoi w jego centrum. Pierwotnie w tym miejscu znajdował się jeden z kanałów fortecznych stojącej tu dawniej twierdzy.       

    Kotĕra zaprojektował też wyposażenie wnętrz, w duchu funkcjonalizmu: oświetlenie (m.in. wspaniałe secesyjne lampy), meble w gabinecie dyrektora, bibliotekę, drewniane okładziny w sali wykładowej i siedziska firmy Thonet. Dekorację artystyczną na drugim piętrze, pod przeszkloną kopułą, wykonał Jan Preisler. Wszystko to wciąż można oglądać.

    W 1995 r. uznano gmach muzeum za narodowy zabytek kultury Czech. Jego powstanie było potrzebą chwili, gdyż gromadzone od 1879 r. zbiory miejskie rozrosły się do tego stopnia, że dotychczasowe siedziby muzeum były niewystarczające. Nowa powstała na zlecenie jego kustosza. Stanęła nad brzegiem Łaby. Obecnie, wraz z kilkoma oddziałami, posiada w swych zasobach aż 3 miliony eksponatów.

    W części poświęconej historii miasta prezentowana jest m.in. makieta nieistniejącej już twierdzy Hradec Králové. Na poczesnym miejscu wisi portret cesarzowej Marii Teresy, która była m.in. władczynią Dolnego Śląska, ale krótko. Wkrótce po jej wstąpieniu na tron, król pruski Fryderyk II zaatakował Śląsk i ostatecznie ten region zagarnął. Hradec Králové pozostał we władaniu Habsburgów do 1918 r., gdy powstała Czechosłowacja.

    W okresie międzywojennym Hradec Královébył salonem Czechosłowacji, słynął z nowoczesnego wzornictwa, wzniesiono tu wiele nowoczesnych gmachów użyteczności publicznej, dziś uznawanych za wybitne przykłady architektury modernistycznej. Codzienne życie w dawnym Hradec Královéobrazuje ekspozycja z aranżacjami sklepów spożywczego i tekstylnego, apteki i kina. 

    Jednym z oddziałów muzeum jest muzeum bitwy w 1866 r. w Chlumie, położone 12 km od Hradec Králové.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

    Na zdjęciu: portret cesarzowej Marii Teresy z 2. poł. XVIII w. Przybliża w Muzeum Czech Wschodnich w Hradec Králové okoliczności budowy w tym mieście twierdzy.

  • Nowe wieże widokowe i most na polsko-czeskim pograniczu. Odbyła się promocja projektu „Czesko-polski szlak grzbietowy – część wschodnia”

    Nowe wieże widokowe i most na polsko-czeskim pograniczu. Odbyła się promocja projektu „Czesko-polski szlak grzbietowy – część wschodnia”

    W trudnych górskich warunkach w rejonie ziemi kłodzkiej na polsko-czeskim pograniczu wzniesiono 10 wież widokowych, udało się znaleźć wykonawcę mostu na polsko-czeskiej granicy, uzgodniono procedury na szczeblu administracji samorządowej, która w Republice Czeskiej jest odmienna od polskiej, a nawet zdołano przekonać czeskiego arystokratę, by zgodził się na budowę wieży i sprzedał kawałek szczytu. A wszystko to w ramach projektu „Czesko-polski szlak grzbietowy – część wschodnia”.

    Projekt realizowano przez trzy lata (2018-2021), a wzięło w nim udział aż 18 partnerów – po stronie polskiej: Międzylesie, Bystrzyca Kłodzka, Duszniki-Zdrój, Radków, gmina miejska Nowa Ruda, gmina wiejska Nowa Ruda i powiat kłodzki, a po czeskiej: Deštné i Olešnice w Orlických horách, Vysoká Srbská, miasto Nový Hrádek i Stowarzyszenie Neratov. Koordynację wziął na siebie Euroregion Glacensis.

    Jaroslav Štefek, sekretarz Euroregionu Glacensis: – Trudność w realizacji projektu polegała między innymi na tym, że struktura samorządu w Republice Czeskiej jest inna niż w Polsce, a aby projekt zrealizować, trzeba mieć partnera po drugiej stronie granicy.

    Początkowo nie wszystkich projekt zachwycał, gdyż w Republice Czeskiej powstaje sporo wież widokowych, ale zmienili zdanie, gdy usłyszeli, że tylko trzy wieże zbudowane zostaną w zupełnie nowych miejscach, a w siedmiu przypadkach powstaną tam, gdzie obiekty tego typu już dawniej stały.

    Niektóre realizacje zdumiewają. Na wzgórzu Šibeník (niespełna pół kilometra od niewielkiego miasta Nový Hrádek) na wieżę widokową przebudowano jeden z wiatraków farmy wiatrowej, którą zlikwidowano, gdyż nie spełniła oczekiwań. Nie zmarnowano nawet stacji transformatorowej. Zaadaptowana została na punkt informacji turystycznej i galerię, w której można zobaczyć różne niezrealizowane projekty wież na Šibeníku (proponowano np. peryskop, dzięki czemu widoki okolicy można by zobaczyć nie ruszając się z dołu).

    Zupełnie inny charakter ma wieża widokowa na szczycie Wielka Desztna (Velká Deštná) po czeskiej stronie Gór Orlickich. To monumentalna ażurowa konstrukcja. Miała stać tu wieża futurystyczna, ale Jan Kolowrat Krakowski, czeski arystokrata, któremu państwo zwróciło zagrabiony w czasach komunistycznych majątek włącznie z lasami, stwierdził, że tu nie pasuje. Początkowo w ogóle nie zgadzał się na budowę wieży. W końcu zmienił zdanie. Przekonało go to, że dawniej na szczycie stała już wieża (była to wieża triangulacyjna), a ponadto wieża skanalizuje ruch turystyczny, dzięki czemu w innych częściach wzgórza będzie można prowadzić gospodarkę leśną bez przeszkód. Ostatecznie sprzedał kawałek lasu, gdyż wieża z projektu unijnego nie mogła powstać na prywatnym gruncie.

    Wieże zintensyfikowały ruch turystyczny, są celem wędrówek, ale stały się też symbolem współpracy polsko-czeskiej. Nic tak zaś nie łączy, jak mosty, dlatego zbudowano drewniany most w Neratovie, na którym wiszą dwie flagi: polska i Republiki Czeskiej. Tuż obok, po stronie czeskiej, zbudowano nawet browar, w którym znalazły pracę osoby niepełnosprawne.

    Jednym z elementów promocji projektu była wizyta studyjna dziennikarzy w dniach 12-14.07 2021 r.

    Tekst i fot. Anna Kurek-Perzyńska

    Na zdjęciu: wieża widokowa na Šibeníku.

    .

  • Spacer w koronach… drzew. Nauka przez rozrywkę po czeskiej stronie Karkonoszy

    Spacer w koronach… drzew. Nauka przez rozrywkę po czeskiej stronie Karkonoszy

    Po czeskiej stronie Karkonoszy – niedaleko granicy z Polską – można odbyć ekscytujący spacer w… koronach drzew.

    Do przypominającej korkociąg wieży widokowej, według leśników mającej kształt kielichu goryczki – kwiatu typowego dla Karkonoszy, jest tylko ok. kilometr od rogatek Jańskich Łaźni, jedynego w czeskich Karkonoszach uzdrowiska z wodami termalnymi. Platforma widokowa usytuowana jest na wysokości aż 45,5 m, ale kąt nachylenia prowadzącej na górę ścieżki wynosi zaledwie 6 procent, więc dotrzeć na nią może nawet osoba poruszająca się na wózku inwalidzkim.

    W lesie nawet śmierć ma sens

    Rozmieszczone na wieży lunety skierowane są na miejsca, które pokazują np. organizmy powodujące zamieranie drzewa, ale nawet drzewo martwe – jak przekonują leśnicy – jest nieodzownym elementem lasu. Tablice informacyjne, możliwość rozwiązania na każdym przystanku ścieżki quizu, interaktywne stanowiska przybliżające świat roślin i zwierząt Karkonoskiego Parku Narodowego (jak na przykład stojące na koronie wieży kołowrot, po zakręceniu którego wskaźnik zatrzymuje się na wizerunku ptaka, a z głośnika płynie jego głos) – w ten sposób prowadzona nauka z pewnością nie pójdzie w las.

    Szaleńcza jazda w rurze

    Są miejsca, w których na ścieżce na wieży zamiast desek jest siatka, więc pod nogami otwiera się przepaść, ale – dzięki alternatywnemu przebiegowi ścieżki – można miejsca te ominąć. W sumie na ścieżce są trzy miejsca adrenalinowe. Powrót z liczącej 2 180 m długości ścieżki może być błyskawiczy – za niewielką, dodatkową opłatą (50 koron), można z platformy widokowej zjechać w dół metalową rynną. Pod tyłek dają podkładkę filcową. W zjeżdżalni są otwory, więc nikomu nie robi się ciemno w oczach, ale wsiąść się nie odważyłem. Wierzę na słowo, że wrażenie jest ekscytujące.

    Zejdź pod ziemię na naukę

    Organizatorzy ścieżki reklamują ją pod hasłem “Poznaj Karkonosze z innej perspektywy. Od korzeni po korony drzew”, ponieważ oprócz przechadzki w koronach drzew można przekonać się, jak jest w ziemi, a to dzięki specjalnej podziemnej ekspozycji. Przybliża ona rolę gleby w ekosystemie leśnym. “Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak pomalutku tworzy się gleba? Albo ile wody może się w niej zmieścić? A jak czuje się gleba, gdy przejeżdża po niej ciężki traktor? Tutaj dowiesz się wszystkiego!” – zachęcają leśnicy do zejścia pod ziemię.

    Lew z Karkonoszy i najdroższe trociny świata

    W pobliżu wieży widokowej są restauracja, toalety i sklep z pamiątkami, w którym można kupić m.in. maskotkę… lwa. Bardziej z Karkonoszami kojarzy się nietoperz, którego też – jako przytulankę, można zabrać do domu. Prawdziwym hitem tego miejsca jest jednak woreczek z trocinami, którego właścicielem można stać się za równowartość kilkunastu złotych. Nic bardziej oryginalnego od dawna nie widziałem.

    Ten tekst czytasz dzięki miastu Świdnica, które od ponad 20 lat wspiera – z wzajemnością – czeskie miasto Trutnov w realizacji projektów unijnych mających podnieść jego atrakcyjność turystyczną. 10 i 11 wrzesnia 2019 r. odbyła się w Trutnovie – z udziałem polskiego partnera ze Świdnicy – konferencja “Turystyka dla rodzin z dziećmi” w ramach programu “Turystyka wspólna sprawa”. Drugiego dnia konferencji zaplanowano wyjazd studyjny, w ramach którego zaprezentowano m.in. ścieżkę w koronach drzew.

    Na zdjęciu:

    Śceżka w koronach drzew koło Jańskich Łaźni.

    Tekst i fot. Marek Perzyński ©®

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Podkarpacie/Lubelszczyzna/Kraków/Dolny Śląsk Wielka dama. Księżna Izabela z Flemingów Czartoryska  i jej „Dama z łasiczką”

    Podkarpacie/Lubelszczyzna/Kraków/Dolny Śląsk Wielka dama. Księżna Izabela z Flemingów Czartoryska i jej „Dama z łasiczką”

    Co łączy pałac i kościół w Sieniawie na Podkarpaciu, słynne Puławy na Lubelszczyźnie i Kraków z dolnośląskimi Cieplicami? Słynna „Dama z łasiczką” i dama niepospolita – Izabela z Flemingów Czartoryska.

    Izabela z Flemingów Czartoryska (ur. 1746 r. – zm. 1835 r.) – żona księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego, generała ziem polskich – była przedstawicielką jednego z najznamienitszych rodów polskich, autorką pierwszej popularnej historii Polski, tekstów o zakładaniu ogrodów i pierwszego w Polsce muzeum, które ufundowała w swej posiadłości w Puławach [1, s. 5-6,8]. W tym celu zbudowała Świątynię Sybilli i zgromadziła w niej pamiątki po Koperniku, Kochanowskim, Kościuszce, królach i bohaterach narodowych, a w Domu Gotyckim – arcydzieła malarstwa europejskiego, m.in. „Damę z łasiczką” Leonarda da Vinci (obecnie eksponowaną w Krakowie) i „Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem” Rembrandta [2, s. 3].

    Jak prowincjuszka przeobraziła się w damę

    W ciągu długiego i obfitujacego w burzliwe wydarzenia życia przeszła ogromną metamorfozę: z niewykształconej prowincjuszki w rokokową salonową lalę, a następnie w żarliwą patriotkę walczącą o sprawę polską. Zasłużyła się m.in. dla Śląska – wrażenia z podróży na kurację w Cieplicach-Zdroju (obecnie dzielnica Jeleniej Góry) opisała w książe „Dyliżansem przez Śląsk. Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816”, będącej dziś cennym źródłem informacji [3, s. 123]. Zwracała uwagę na wszystko, co ma związek z Polską. Najwięcej czasu poświęciła na zwiedzanie Wrocławia, którego zabytki z epoki piastowskiej ogladała z zachwytem i zarazem z żalem, wspominając, że „… był czas, kiedy to wszystko należało do Polski, długo tu rządzili Piastowie…” [1, s. 8]. Mimo swych 70 lat zachowała trzeźwość umysłu, wielką żywotnośc, była ciekawa świata. Jej opisy Śląska są barwne, nie pozbawione humoru, a nawet złożliwości – dotyczą spotykanych podczas podróży miejsc i ludzi. Odwiedzała okoliczną arystokrację, podziwiała przyrodę, zwracała uwagę nawet na przemysł.

    Słynna Świątynia Sybilli

    W Puławach Izabela Czartoryska ukształtowała ogród o charakterze romantyczno-krajobrazowym [2, s. 3], który stał się na ziemiach polskich wzorcowym założeniem typu krajobrazowego [4, s. 184]. Potraktowała go jako wspaniałą oprawą dla wznosionych wówczas budowli. Była to m.in. słynna Świątynia Sybilli, pod względem ideowym pełniącą rolę świątyni pamięci o wielkich Polakach – wzniesiona została jako znak nadziei na ocalenie narodu polskiego z carskiej niewoli [2, s. 3].

    Puławy – polskie Ateny

    Goszczono wówczas w Puławach największych polskich uczonych i artystów, m.in. Franciszka Karpińskiego, Piotra Norblina i Zygmunta Vogela. Tak zyskały miano polskich Aten, a puławski dwór Czartoryskich – kolebki polskości. Kresem świetności Puław stała się klęska powstania listopadowego [2, s. 2-3]. Dobra puławskie zostały skonfiskowane przez władze czarskie, a Czartoryscy zmuszeni do emigracji [4, s. 185].

    Główną siedzibą Czartoryskich stał się na dziesiątki lat Hotel Lambert w Paryżu, a w kraju – pałac w Sieniawie na Podkarpaciu. Do Sieniawy trafiły słynne zbiory księżnej Izabeli (potem przeniesiono je do Hotelu Lambert), tutaj powstała nekropolia rodowa (krypta pod kościołem z osobnym wejściem) i pod koniec XIX w. ordynacja rodowa [4, s. 183, 185].

    Myśli różne o sposobie zakładania ogrodów

    Park Izabeli Czartoryskiej w Sieniawie nie dorównywał wprawdzie urodą parkowi w Puławach, jednak odegrał znaczącą rolę w kształtowaniu założeń ogrodowych na ziemi przemyskiej. Księżna Izabela była w tym zakresie – jako autorka dzieła „Myśli różne o sposobie zakładania ogrodów wydanego w 1805 r. we Wrocławiu – niekwestionowanym autorytetem [4, s. 185].

    Księżna Izabela z Flemingów Czartoryska spoczęła w krypcie rodowej w Sieniawie, jako jedna z 22 osób z tej rodziny [4, s. 185].

    Kluczem do krypty dysponuje proboszcz i obsługa pałacu w Sieniawie, mieszczącego dziś hotel. Portret księżnej Izabeli wisi w pałacu na poczesnym miejscu w sali balowej.

    Literatura:

    [1] Izabela Czartoryska: Dyliżansem przez Śląsk. Dziennik podróży do Cieplic w roku 1816. Z francuskiego przełożyła oraz wstępem i przypisami opatrzyła Jadwiga Bujańska, Zakład Narodowy iminia Ossolińskich Wydawnictwo, Wrocław – Warszawa – Kraków 1968.

    [2] Puławy i okolice. Urokliwa kraina nad Wisłą, wydano na zlecenie Urzędu Miasta Puławy, Zamość 2009.

    [3] Małgorzata Ploch, Piotr Napierała: Parki romantyczne Kotliny Jeleniogórskiej, Fundacja Doliny Pałaców i Ogrodów Kotliny Jeleniogórskiej, Wrocław 2011.

    [4] Bożena Figieła: Karpacki szlak ogrodów i domów historycznych. Przewodnik turystyczny, Podkarpacka Regionalna Organizacja Turystyczna, Rzeszów 2015.

    Na zdjęciu: sala balowa w pałacu w Sieniawie na Podkarpaciu. Na portrecie pierwszym od lewej – księżna Izabela Czartoryska.

    Tekst i fot. Marek Perzyński ©®

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Opole. Kod katedralnych wrót, czyli jak biskup Nossol wzmacniając lokalną tożsamość pomógł uratować małe województwo

    Opole. Kod katedralnych wrót, czyli jak biskup Nossol wzmacniając lokalną tożsamość pomógł uratować małe województwo

    Główne drzwi katedry w Opolu – zamontowane w listopadzie 1997 r. – to unikat. Zostały odlane ze spiżu. W całej Polsce dzieł tego typu jest tylko kilka, m.in. w Gnieźnie, Płocku i Tarnowie. Opolskie to rodzaj podręcznika do nauki historii Opolszczyzny – wciąż słabo rozpropagowanego turystycznie regionu – i w efekcie poznania mentalności jej mieszkańców. Przedstawiono na nich nawet… powódź tysiąclecia w 1997 r.

    Spiżowe drzwi powstały w czasie urzędowania pierwszego biskupa opolskiego, Alfonsa Nossola, dzięki któremu utworzono w Opolu uniwersytet. Tak wzmocniono intelektualne zaplecze regionu, w efekcie czego w 1999 r. – podczas wielkiej reformy administracyjnej Polski – mieszkańcom udało się ocalić województwo opolskie i zachować samorządową autonomię na poziomie wojewódzkim m.in. w zakresie dysponowania środkami. Zaprocentowało też silne poczucie własnej tożsamości, zakorzenionej w lokalnej tradycji i obyczaju.

    Jak uczonym w Opolu zaczął sprzyjać nawet Bóg

    Abp Nossol (tytułem arcybiskupa został obdarzony przez papieża Jana Pawła II m.in. za wybitne zasługi na rzecz ekumenizmu w Polsce) wiedząc, że dzięki pozycji w hierarchii społecznej jego głos o specyfice Opolszczyzny dotrze nie tylko pod strzechy, ale i do urzędniczych gabinetów, doprowadził do powstania uczelni wykorzystując zaplecze seminarium duchownego. Tak teologia stała się podwaliną uniwersytetu, który obudowano innymi wydziałami.

    Mowa serca”

    Biskup tłumaczył, że uczelnia powstać musi, by oszczędzić ludziom… przykrości. Według niego mogliby spotykać się w dużych ośrodkach akademickich – z powodu posługiwania się charakterystyczną dla wielu obszarów Opolszczyzny gwarą – z ostracyzmem. Mają zaś prawo do nieskrępowanego używania – jak to określał – „mowy serca”. Miał też na myśli język niemiecki, który w wielu środowiskach na Opolszczyźnie – z racji zamieszkującej ten region sporej grupy mniejszości niemieckiej – używany jest powszechnie.

    Drogie drzwi nie tylko sercu

    Decyzja o wykonaniu spiżowych wrót do katedry zapadła w 1993 r., a impulsem było – przypadające w 1995 r. – 700-lecie parafii katedralnej, o czym przypomina napis z obu stron wrót – z jednej strony po polsku, z drugiej po łacinie. Z jak ogromnymi kosztami wiąże się taka inwestycja, może świadczyć choćby fakt, że pomysł udało sfinalizować dopiero w 1997 r.

    Symfonia światła”

    Drzwi opolskiej katedry – jako dzieło sztuki – otrzymały nazwę „Symfonia światła”, zgodnie z zawartym w nich programem ideowym. Życie przyrównano tutaj narracyjnie do wielkiego dzieła muzycznego, w którym odgrywamy – zależnie od pozycji społecznej, uwarunkowań zewnętrznych, potrzeb i nabytych kompetencji – różną rolę, a dyrygentem jest sam Bóg-Stwórca. Rolę uwertury pełnią sceny ukazane w tympanonie, znajdującym się nad drzwiami. Przedstawiają początki ludzkości zgodnie z przekazem Księgi Rodzaju. Tyle że tutaj w akcie stworzenia udział bierze cała Trójca Święta, opromieniająca to dzieło. Ciała niebieskie – efekt kreacji Boga Ojca – rozświetla złoty blask. Promienie spływające w dół są niczym rodzaj starożytnego zapisu nutowego hymnu „Ciebie Boże wychwalamy”. Trójca Święta tworzy tutaj kompozycyjną oś. Wyraża boską harmonię, doskonały ład, który naruszył grzech. Po lewej stronie u dołu tympanonu umieszczono trzy sceny rozgrywające się w raju: stworzenie człowieka, grzech pierworodny i wygnanie z raju. Z prawej u dołu tympanonu widzimy zaś zabójstwo Abla przez jego brata Kaina oraz ofiarę Abrahama. Ofiarę złożyli też Kain i Abel, dymy ofiarne się łączą, ale dym z ofiary Kaina nie został przyjęty – snuje się po ziemi.

    Anioł czyny waży

    Listwa łącząca wizualnie lewe i prawe drzwi jest swoista cezurą pomiędzy światem pełnym harmonii – ukazanym w górnej części tympanonu – a światem, w którym dobro miesza się nieustannie ze złem. Człowiek w walce ze złem nie jest sam – Bóg daje mu wsparcie, ale też – jak mówi katechizm – za dobre wynagradza, a za złe karze. Jako jeden z pierwszych na listwie – patrząc od góry – ukazany został św. Michał Archanioł z wagą, odmierzający ludzkie czyny. Ponadto widzimy relief przedstawiający przechowywane w opolskiej katedrze relikwie Krzyża Świętego, następnie św. Weronikę z chustą z odbitym na niej wizerunkiem umęczonego Chrystusa oraz patronów-orędowników: św. Floriana gaszącego pożar i św. Franciszka z gołąbkami w dłoniach, symbolizującymi pokój, dobro i ofiarę.

    Wir dziejów

    Z postacią św. Michała Archanioła dzierżącego wagę konweniuje wiatrak, ukazany w dolnej części lewego skrzydła drzwi. Ich autor – Adolf Panitz – zobrazował tak wieczność, nie skamieniałą, ale dynamiczną, w której nieustannie miesza się to, co było i co jest z tym, co będzie. Wrażenie dynamiki wzmocnił prezentując wydarzenia i postaci z różnych miejsc i epok poprzez ich celowe przemieszanie, tworząc na pozór chaotyczną kompozycję. Rezygnacja z geometrycznego układu kwater była zatem zabiegiem celowym.

    Motyw z Nysy

    Swoisty wywód o dziejach zbawienia – w kontekście historii diecezji opolskiej i w ogóle Opolszczyzny – kontynuowany jest na obu skrzydłach drzwi. Górna część skrzydła lewego obrazuje potop. Za Mojżeszem dzierżącym kamienne tablice z Dekalogiem podąża Noe wiodący wybranych – bogobojnych – przedstawicieli rodzaju ludzkiego do arki. Widoczna nad nimi podparta o księgę postać to prorok Izajasz. Nieopodal Mojżesza widzimy scenę chrztu Chrystusa w Jordanie, Matkę Boską Opolską, św. Piotra oraz św. Jakuba dźwigającego na plecach – niczym Atlant – bazylikę w Nysie, noszącą jego wezwanie. W tej części wrót przedstawiono też scenę kuszenia Antoniego Pustelnika przez kobietę w stroju Ewy.

    Św. Jacek w wychodzi z płomieni

    Strona prawa drzwi przedstawia swoisty korowód postaci związanych ze Śląskiem Opolskim. Św. Jacka – ratującego się z płomieni – rozpoznamy po monstrancji. Św. Jacek cieszy się wielką popularnością na Śląsku Opolskim. W kompleksie zamkowym w Kamieniu Śląskim – odnowionym staraniem diecezji opolskiej z przeznaczeniem na dom rekolekcyjny, studiów i sanatorium – ma dedykowano mu kaplicę, a abp Nossol mieszkanie, do którego przeniósł się z Opola po przejściu na emeryturę.

    Inkwizytor z Opola. Pierwszy w Polsce

    Obok św. Jacka widzimy Reginalda (pierwszego udokumentowanego – w 1223 r. – proboszcza obecnej katedry) i św. Pawła, który patronuje jednemu z ważniejszych dla dziejów Opola kościołów. Oczywiście, nie mogło zabraknąć św. Wojciecha, który – według miejscowych przekazów traktowanych przez historyków w kategoriach legendy – miał w sąsiedztwie tzw. kościoła „na górce” udzielać chrztu dawnym tutejszym pogańskim mieszkańcom i głosić kazania. Ważne miejsce w historii zajęli też – i dostali miejsce na drzwiach katedry – Peregryn z Opola (słynny dominikański kaznodzieja i pierwszy na ziemiach polskich inkwizytor) i ostatni opolski książę piastowski Jan Dobry, na tarczy którego znajduje się herb Opola: półkrzyż i półorzeł. Książę dostał tutaj do towarzystwa św. Annę Samotrzecią – niezwykle czczoną na Górze św. Anny na Opolszczyźnie. Powyżej niej widzimy św. Jadwigę śląską. Na tym nie koniec, bo przedstawiono też postacie z najnowszej historii Opolszczyzny: pierwszego biskupa opolskiego Franciszka Jopa, papieża Jana Pawła II (ukazany został na prawy skos od św. Anny) i abp. Alfonsa Nossola (on dostał miejsce na prawo od papieża-Polaka ). Z drugiej strony papieża widzimy ks. Stefana Baldego (inicjator budowy spiżowych wrót do katedry, ówczesny jej proboszcz) oraz – w birecie i okularach – ks. Józefa Kubisa, dawnego katedralny proboszcza, który przeszedł do historii jako budowniczy sześciu opolskich kościołów i trzech szpitali. O związkach diecezji opolskiej z miejscowym uniwersytetem i w ogóle uniwersytecki charakter Opola podkreśla herb tej uczelni, a ogólnopolskie idee bliskie mieszkańcom i system preferowanych przez nich wartości – sztandar „Solidarności”, postaci o. Maksymiliana Kolbego, ks. Jerzego Popiełuszki i Lecha Wałęsy.

    Według Ślązaków nawet zwykła ludzka praca się opłaca

    Zwykła ludzka praca – wpisana w etos Ślązaka – uosabiają tutaj oblicza zwykłych ludzi: górników, hutników, kowala, rolnika, ogrodnika, młynarza, piekarza. Gdy powstawały katedralne drzwi, wciąż żywe było wspomnienie wielkiej powodzi, która latem w 1997 r. nawiedziła również Opolszczyznę. Sceny z zalanego Opola umieścił artysta w dolnej części prawego skrzydła drzwi.

    Spiżowe drzwi w Opolu – pokryte już patyną – są nie tylko swoistą Biblią pauperum, ale same stały dokumentem epoki, w której powstały. Tworząc je nawiązano do tradycji sięgającej średniowiecza, gdy tego typu dzieła – podnoszące rangę świątyni i będące pomocą duszpasterską w prezentowaniu trudnych często treści teologicznych – zaistniały po raz pierwszy w świątyniach.

    Adolf Panitz – projektant spiżowych drzwi do opolskiej katedry – jest Ślązakiem (urodził się w Zabrzu), absolwentem ASP w Krakowie. W Opolu, z którym związał się w 1964 r., można oglądać wiele jego dzieł, m.in. tympanon nad bocznym wejściem, grobowiec księcia Jana Dobrego i epitafium bpa Franciszka Jopa w katedrze oraz płaskorzeźbę upamiętniającą hrabiego Matuschkę przy ul. Krakowskiej.

    Literatura:

    Krzysztof Ogiolda: Historia zbawienia i regionu zapisana w drzwiach opolskiej katedry, https://plus.nto.pl/historia-zbawienia-i-regionu-zapisana-w-drzwiach-opolskiej-katedry/ar/11599950, dostęp 31.07.2019.

    Na zdjęciu: fragment spiżowych drzwi opolskiej katedry przedstawiający m.in. św. Jacka.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Poznań/Wielkopolska. Poznańska archikatedra z… dolnośląskim DNA

    Poznań/Wielkopolska. Poznańska archikatedra z… dolnośląskim DNA

    Bazylika archikatedralna na poznańskim Ostrowie Tumskim – duma rodowitych Poznaniaków, kościół o najstarszej metryce pisanej w Polsce, jeden z najznakomitszych zabytków w kraju – zawiera zaskakująco duży ładunek… dolnośląskiego DNA.

    Ołtarz główny – późnogotycki poliptyk z 1512 r., prawdopodobnie dłuta wrocławskiego rzeźbiarza Jakuba Beinhardta – sprowadzono w 1952 r. z kościoła pw. św. Katarzyny w Górze Śląskiej, flankujące prezbiterium stalle z pocz. XVII w. pochodzą ze Zgorzelca, a stojąca przy łuku tęczowym późnobarokowa ambona z 1720 r. jest z Milicza – wymieniając najważniejsze elementy wyposażenia poznańskiej archikatedry Włodzimierz Łęcki w przewodniku „Zwiedzamy Poznań” nie ukrywa miejsca ich pochodzenia [1, s. 30-32].

    Patronka na złotym polu

    O ile utratę stalli i ambony Dolnoślązacy mogą jakoś przeboleć, to widząc ołtarz główny bierze żal, że tak wspaniale dzieło sztuki – dające pojęcie o prymarnej roli śląskiej kultury w średniowieczu w Polsce – wywieziono z Dolnego Śląska. Wprawdzie w bazylice archikatedralnej ołtarz zajął centralne miejsce, a w kościele w Górze Śląskiej – po zamontowaniu podczas modernizacji kościoła nowego ołtarza – prezentowany był on na ścianie bocznej, nie umniejsza to faktu, że wywożąc to dzieło zubożono Śląsk kulturowo. Tym bardziej, że ołtarz ten jest z kościołem w Górze Śląskiej związany ideowo. Otóż trzy rzeźby na złotym polu – przedstawione w polu środkowym – wyobrażają NMP z Dzieciątkiem, patronkę kościoła w Górze Śląskiej św. Katarzynę oraz św. Barbarę. Towarzyszy im 12 świętych – wyobrażające ich rzeźby widzimy na skrzydłach bocznych. Rewersy i awersy skrzydeł bocznych – prezentowanych w okresie Wielkiego Postu – przedstawiają sceny pasyjne. Z kolei na rewersach skrzydeł tylnych eksponowane są – w okresie Adwentu – postacie czterech świętych. Eksponowana w predelli scena Ostatniej Wieczerzy nawiązuje do sprawowanej podczas Mszy św. Eucharystii [1, s. 31, 33].

    Gotyk częściowo zrekonstruowany

    Ołtarz główny, stalle i ambona trafiły do bazyliki archikatedralnej po II wojnie światowej. Część jej oryginalnego wyposażenia przepadło podczas walk o Poznań toczonych w lutym 1945 r. Odbudowa bazyliki archikatedralnej z wojennych zniszczeń trwała 11 lat. Gotycka sylwetka, którą wówczas odzyskała, to efekt częściowej rekonstrukcji (w ok. 40 proc). Przeprowadzono wówczas też prace archeologiczne, dzięki czemu odsłonięto w podziemnych kryptach – udostępnianych odtąd do zwiedzania – wiele elementów wczesnoromańskich i romańskich [1, s. 31].

    Na zdjęciu: na pierwszym planie ambona z Milicza, w głębi prezbiterium – ołtarz główny pochodzący z kościoła pw. św. Katarzyny w Górze Śląskiej.

    Literatura:

    [1] Włodzimierz Łęcki: Zwiedzamy Poznań, Wydawnictwo PTTK “Kraj”, Warszawa 1990.

    Tekst i fot. Marek Perzyński ©

    Wszelkie prawa zastrzezone

  • Dolny Śląsk. Leśna huta mistrza Łubkowskiego w Szklarskiej Porębie

    Dolny Śląsk. Leśna huta mistrza Łubkowskiego w Szklarskiej Porębie

    W Szklarskiej Porębie – na stoku powyżej górskiej rzeki Kamiennej – – działa Leśna Huta (ul. Kołłątaja 2), w której na własne oczy można zobaczyć, jak powstaje wazon, kryształowy ptak czy jedyna w swoim rodzaju lampa w odcieniu butelkowej zieleni.

    Po przekroczeniu głównej drogi wiodącej do Szklarskiej Poręby, mostu, idąc w górę boczną drogą dojdziemy do miejsca, w którym Henryk Łubkowski kontynuuje wielowiekowe tradycje szklarskie pod Szrenicą. Miejscowa huta „Julia” (w niemieckich czasach nosiła nazwę „Józefina”) przestała istnieć w czasach ekonomicznych rządów w Polsce Balcerowicza. Pozostały niszczejące budynki. Henryk Łubkowski przepracował w „Julii” ponad 11 lat, nie czekał, aż zakład padnie i poszedł na swoje. W 1990 r. założył „Leśną Hutę”, którą w 2003 r. udostępnił turystom. Przy rozgrzanym, jak wulkan piecu, jedna osoba formuje szklaną masę, druga podaje narzędzia. Pobieranie masy trwa krótko, znacznie dłużej jej formowanie i to jest dla turysty najciekawszy widok. Obok jest sklep, w którym można kupić wazony, dzbany, patery. Za oknem majaczą góry. I pomyśleć, że dawniej z hutnictwa szkła utrzymywały się w Karkonoszach całe rodziny. Po polskiej stronie gór przetrwały tylko dwie huty – w Piechowicach i w Szklarskiej Porębie mistrza Łubkowskiego.

    Na zdjęciu: mistrz Henryk Łubkowski, założyciel „Leśnej Huty” w Szklarskiej Porębie.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Dolny Śląsk. Szlakiem muz pod Szrenicą

    Dolny Śląsk. Szlakiem muz pod Szrenicą

    Szklarska Poręba to miasto biznesu i ludzi kultury. Biznes lubi ciszę, więc prym pod Szrenicą wiodą artyści. Wytyczono kilka szlaków ich śladami, a są tacy, którzy wytyczają takie trasy na własny użytek. Wiodą do domów malarzy, literatów, kolekcjonerów światowej sławy i hotelu, który prowadzi… tenor.

    Czasami biznes spotka się z kulturą. Rafał Wróblewski,śpiewak operowy, organista i prawnik w jednej osobie, został menedżerem hotelu “Sasanka”. Zrezygnował z pracy w operze wrocławskiej, choć śpiewa tenorem, zatem głosem szczególnie lubianym nie tylko przez melomanów. W biznesie jest twardy, jak karkonoski granit, ale zostały mu miękkie kompetencje artysty: otwartość, życzliwość, empatia na potrzeby promocyjne otoczenia, szerokie spojrzenie, potrzeba wspólnotowego przeżycia. Choć pochodzi z Oławy, został ambasadorem marki Szklarska Poręba. Odwiedzają go nawet politycy prosząc o poparcie lokalnej społeczności.

    Słynni bracia literaci

    Kolonia artystyczna powstała w Szklarskiej Porębie na długo przed II wojną światową. Motorem przedsięwzięcia byli bracia Gerhart Hauptmann, laureat nagrody Nobla z dziedziny literatury (otrzymał go za dramat „Tkacze), i jego brat Carl, który tak oszlifował niemiecki przekład „Chłopów”, że Reymont dostał identyczną nagrodę za „Chłopów”. Malarze-pejzażyści rozpropagowali karkonoski krajobraz, obrazy reprodukowano na pocztówkach w ogromnych nakładach.

    Przyszła II wojna światowa, Dolny Śląsk przeszedł wymianę ludności, ale genius loci Szklarskiej Poręby przetrwał.

    W 1946 r. zamieszkał w Szklarskiej Porębie Jan Sztaudynger, wybitny polski literat, mistrz krótkiej, skrzącej się dowcipem formy literackiej – fraszki. Kilkuletni pobyt Sztaudyngera w Szklarskiej Porębie (1946-1950) zaowocował licznymi tekstami. Mieszkał przy ul. 1 Maja 55, w typowo ludowym domu, typu przysłupowego. Był w nim szczęśliwy. Uwielbiał spacery. Współcześnie wytyczono w Szklarskiej porębie Dużą Sztaudyngerowską Trasę Turystyczną. Szlak liczy ok. 30 km, jego najniższy punkt jest przy parkingu obok wodospadu Szklarki (490 m n.p.m.), a najwyższy to Wysoki Kamień (1058 m n.p.m.), zatem łączne przewyższenie wynosi ok. 900 m. Wiedzie śladami Jana Sztaudyngera i obejmuje okoliczne miejsca, wskazując na niepospolitość Szklarskiej Poręby. Sztaudynger spacerował tutaj niemal codziennie, delektując się widokami. Jego sudecki dom w 2005 r. spłonął. Miejsce to oznaczono tablicą pamiątkową.

    Dom ucznia Malczewskiego

    Sztaudynger namówił do osiedlenia się w Szklarskiej Porębie ucznia Malczewskiego, Wlastimila Hofmana (1881-1970). Promowany przez władze socreralizm był mu obcy, nie chciał malować robotników w halach, kobiet na traktorach, wolał malować Madonny, portrety mieszkańców, anioły. Bywało, że wymieniał obraz za jedzenie, a zamiast honorarium lekarz dostawał swój portret. Dziś dobrej klasy artystycznej obrazy Wlastimila Hofmana sprzedawane są na aukcjach lekko po kilkanaście tysięcy zł.

    Taniej kupić bilet do muzeum w Szklarskiej Porębie (dawny dom braci Hauptmannów), które ma sporo prac Hofmana, lub obejrzeć jego dom, pełen pamiątek. Mieszkał pod Szrenicą ponad 20 lat. Zachował się tak, jak pozostawili go gospodarz i jego żona, odchodząc z tego świata.

    Juliusz Naumowicz i Grzegorz Sokołowski pozostawili po sobie muzea mineralogiczne pełne skarbów. Minerały Karkonoszy, Gór Izerskich, zagłębia miedziowego (obszar Lubina, Polkowic, Rudnej), Szklar koło Ząbkowic Śląskich to tylko część wartych krocie kolekcji. Skarby ziemi przywiodły w okolice Szklarskiej Poręby poszukiwaczy już w średniowieczu. Byli to Walonowie, co wskazuje na ich cudzoziemskie pochodzenie.

    Skamieniały las

    Wabikiem muzeum założonego przez Grzegorza Sokołowskiego jest skamieniały las, prezentowany jest przed jego siedzibą, notabene ślicznym domem typowym dawniej dla górskich miejscowości w Sudetach.

    Muzeum „Juna”, założone przez Juliusza Naumowicza, mieści się w tzw. karczmie głodowej. Od tego roku znów można je zwiedzać – obiekt odbudowano po pożarze, który strawił też część zbiorów.

    Na zdjęciu:

    Rafał Wróblewski – artysta pochodzący z Oławy – został ambasadorem marki Szklarska Poręba.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Krzemionki Opatowskie/Świętokrzyskie. Kopalnie cenne, jak piramidy egipskie i wielki mur chiński

    Krzemionki Opatowskie/Świętokrzyskie. Kopalnie cenne, jak piramidy egipskie i wielki mur chiński

    Największy w Europie kompleks kopalni krzemienia powstał w rejonie obecnych Krzemionek Opatowskich w Świętokrzyskiem w okresie neolitu (ok. 4 tys. lat temu do 2. tysiąclecia p.n.e.), ale na sławę czekał aż do lipca 2019 r., gdy ogłoszono, że wpisany został – jako 16. obiekt w Polsce – na listę światowego dziedzictwa światowego UNESCO.

    To „wybitne dzieło twórczego geniuszu człowieka, niesie unikalne świadectwo tradycji kulturowej i stanowi wybitny przykład zespołu obiektów techniki i krajobrazu, który ilustruje znaczący etap w historii ludzkości” – uzasadnił wpis Komitet Światowego Dziedzictwa.

    W Polsce to pierwszy przypadek, gdy komitet ten wpisując neolityczne kopalnie krzemienia na swą prestiżową listę uhonorował jednocześnie kilka prehistorycznych stanowisk archeologicznych. Ale to sytuacja wyjątkowa – mamy do czynienienia z rozległym kompleksem, a nie pojedynczym obiektem.

    Do dziś w rejonie Krzemionek Opatowskich zachowało się ponad 1000 szybów sprzed 4000 lat. Ciągną się pasem szerokości 30–200 m i długości ok. 5 km. Mają głębokość od 4 do 8,5 m. Krzemień wydobywano tutaj za pomocą młotów kamiennych i narzędzi kościanych. W niektórych miejscach w ścianach wapiennych chodników do dziś można zobaczyć okazałe buły krzemienne – przedmiot zainteresowania ówczesnych górników. Co więcej, na ścianach kopalni zachowały się – wykonane węglem drzewnym – rysunki przedstawiające zwierzęta i postaci ludzkie.

    Z krzemienia pasiatego produkowano na miejscu narzędzia, a następnie sprzedawano. Świadczą o tym znaleziska archeologiczne na Śląsku, Pomorzu, Morawach, a nawet w Niemczech nad Łabą.

    O tym, że okolice Krzemionek Opatowskich były przedmiotem eksploracji górniczej w zamierzchłych czasach, wiedziano już przed II wojną światową. Odkrycia dokonał w 1922 r. wybitny polski geolog, prof. Jan Samsonowicz. Stwierdzono wówczas na powierzchni ziemi pozostałość ok. 5000 szybów. Dopiero jednak w 1994 r. to niesamowite miejsce uznano za pomnik historii, a w 1995 r. ustanowiono rezerwat przyrodniczy – obejmuje on niemal 400 ha lasu. Powstało też Muzeum i Rezerwat Archeologiczny, dzięki czemu wytyczono podziemne trasy turystyczne. Zbudowano chodniki.wcześniej – w co aż trudno dziś uwierzyć – zwiedzano kopalnię na klęczkach. W pobliżu zrekonstruowano wioskę neolityczną, dzięki czemu można zobaczyć, jak się przed 4 tys. lat górnikom mieszkało.

    Wpisanie prehistorycznych kopalń na listę światowego dziedzictwa UNESCO spowodowało lawinowy wzrost zainteresowania tym miejscem.

    Na zdjęciu: fragment trasy turystycznej na terenie kompleksu neolitycznych kopalni krzemienia w rejonie Krzemionek Opatowskich.

    Literatura:

    apis/Sandomierz (KAI): Neolityczne kopalni krzemienia w Krzemionkach Opatowskich na liście UNESCO, www.niedziela, dostęp 15.07.2019.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Osada Kresowa w Baszni Dolnej/Podkarpacie. Zobacz, jak Sobieski rozgromił czambuły tatarskie

    Osada Kresowa w Baszni Dolnej/Podkarpacie. Zobacz, jak Sobieski rozgromił czambuły tatarskie

    Jan Sobieski jeszcze jako hetman wielki koronny broniąc kresów Rzeczypospolitej przed czambułami tatarskimi odniósł jedno ze spektakularnych zwycięstw w Niemirowie, o czym wciąż się w okolicy pamięta. Tyle że centrum pamięci o tym wydarzeniu przeniosło się w okolice Lubaczowa, gdyż Niemirów po 1945 r. zaanektowała Ukraina. W muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej – otwartej niedawno dzięki staraniom wójta gminy Lubaczów, Wiesława Kapela – można przekonać się, jak wielkie było to zwycięstwo i jak wielką chwałą okrył się Sobieski ratując rodaków. Jaką zaś trwogę budziły czambuły tureckie, świadczą do dziś ogromne obwarowania klasztorów w Jarosławiu i Leżajsku.

    Tatarzy krymscy byli zmorą kresów wschodnich Rzeczypospolitej. Najeżdżali, grabili, mordowali w okrutny sposób, a kogo nie zabili – zabierali w jasyr. Ludzi sprzedawano, jak bydło – na targach niewolników. Tatarzy – uznający jurysdykcję sułtana tureckiego – realizowali część planu Stambułu, który postawił sobie za cel zdominowanie także Europy – w imię Allaha. Plany te pokrzyżował Sobieski pod Wiedniem, a wcześniej poprowadził szereg wypraw na czambuły tatarskie– w ramach wojny polsko-tureckiej w latach 1672-1676.

    Jedna z takich wypraw – jedyna w rejonie Lubaczowa – miała miejsce w 1672 r. Z Krasnegostawu w rejonie Zamościa poprzez Narol, Cieszanów, Lubaczów, okolice Baszni Dolnej siły polskie dotarły w rejon Niemirowa. Sobieski rozgromił Tatarów, choć – jak opowiadają w muzeum w Kresowej Osadzie – było ich aż ok. 20 000, a naszych – znacznie mniej, bo tylko ok. 3 000. Owszem, wraz z polskim wojskiem pociągnęli na Tatarów chłopi, ale ich uzbrojenie nie gwarantowało przewagi militarnej. Sobieski postawił na zaskoczenie. Otoczył obóz wroga. Taka taktyka przyniosła sukces.

    Wcześniej – podczas marszu na Niemirów – Sobieski zastosował system komuniku, co znaczy, że na jednego żołnierza przypadały dwa konie. Polegało to na tym, że jeśli husarz – dosiadający w pełnej zbroi konia – widział, że ten się zmęczył, przesiadał się od razu na drugiego wolno biegnącego konia, co przyspieszało wyprawę.

    O tym, jak doszło do wypraw pod dowództwem Sobieskiego na czambuły tatarskie, pisze w książce “Sobiescy herbu Janina” Leszek Podhorodecki: “20 września oddziały tureckie stanęły pod Lwowem. Słabo przygotowane do obrony miasto wykupiło się sumą 80 tysięcy talarów. Dalsza droga w głąb Polski stała przed Turkami otworem, rozdarta bowiem wewnętrznie Rzeczpospolita nie była zdolna do żadnego oporu. 1 października przed wielkim wezyrem Fazyl Ahmedem paszą stanęli z odkrytymi głowami polscy komisarze. Zaczęły się rokowania o pokój. Tymczasem sułtan Mehmed IV spuścił ze smyczy swych Tatarów, którzy rozrzucili czambuły aż po Janów, Leżajsk, Przemyśl i Gołąb. Całe Podole stanęło w morzu ognia. Gdy komisarze polscy poczęli uskarżać się wezyrowi na grabieże ordy, ten rzekł tylko: Tak umie wojna! Dziękujcie Bogu i nam, że wojska tureckie i krymskie nie poszły za Wisłę!

    Sobieski z braku sił nie podjął otwartej walki z armią turecką, postanowił więc przynajmniej zapobiec grabieżom tatarskim. Pod Krasnymstawem skoncentrował prawie trzy tysiące jazdy oraz dragonii i 5 października rozpoczął błyskawiczną akcję przeciw ordzie. Wkrótce przednia straż hetmana zniosła doszczętnie dwa niewielkie czambuły tatarskie. Mimo zmęczenia marszem i dwiema potyczkami, wojsko zbierało po drodze porzucony jasyr, w tym mnóstwo dzieci, które hetman kazał wsadzać na wozy i wieźć do Kałusza, gdzie dał im dom, żywność i wychowanie. Gonitwa za Tatarami trwała dalej. Pod Niemirowem jazda dopędziła większy oddział nieprzyjaciela, rozpędziła go i wyzwoliła tysiące jeńców. Niebawem doszło do dwóch nowych potyczek, również zwycięskich. W ciągu pierwszych trzech dni wyprawy jazda Sobieskiego przebyła 150 kilometrów i stoczyła pięć zwycięskich potyczek. Czwartego dnia wojska polskie przeszły 57 kilometrów po drogach i bezdrożach, jakich gorszych nie masz na świecie, po czym dopadły kosz tatarski pod Komarnem. Hetman wysłał przodem kilka chorągwi, sam zaś z resztą obszedł stanowiska przeciwnika i z drugiej strony, przy dźwiękach muzyki wojskowej, zaatakował i rozpędził zaskoczonych ordyńców, po czym ścigał ich za przestrzeni 30 kilometrów. Następnie zwrócił się w stronę Kałusza i odniósł jeszcze jedno świetne zwycięstwo nad czambułem nureddina, drugiego po kałdze współregenta chana. Sam dostojnik tatarski uratował się, wpadłszy w bagna, w których ukrywał się ze strachem przez kilka dni.

    Cała wyprawa hetmana trwała zaledwie dziewięć dni, do 14 października. W tym czasie Sobieski przebył z jazdą ponad 300 km, stoczył siedem zwycięskich bitew i potyczek oraz uwolnił z jasyru kilkanaście tysięcy ludzi. Dowodził nigdy prawie nie śpiąc, nigdy się nie rozbierając, ognia nie niecąc, ledwie co jedząc, bo w spustoszonym kraju o bochenek chleba trudniej niż o tysiąc Tatarów. Wojsko żywiło się tylko brukwią i rzepą znalezioną w polu, konie – skąpą październikowa trawą. Żołnierze kładli się spać o zmroku, około godziny 17, wstawali już o północy i całą noc maszerowali w zupełnych ciemnościach, bez wzniecania ognia, byle tylko zaskoczyć przeciwnika. W wyprawie na czambuły Sobieski, według wyrażenia Tadeusza Korzona, wzbił się ponad wszystkich wodzów naszej jazdy” [1, s. 106-107].

    Tatarzy byli szybcy, zwinni i sprytni, więc trudno było z nimi wygrać. Ponadto była to lekka jazda, w przeciwieństwie do naszego ówczesnego wojska – husarii. Jak podkreśla Ewa Baran, kustosz muzeum w Baszni Dolnej, jeszcze jedno odróżniało husarię od wojsk tatarskich. Nasze nie mordowały, ani nie grabiły. Brały jedynie jeńców. W efekcie zwycięstwa pod Niemirowem udało się odbić z rąk tatarskich kilkanaście tysięcy osób wziętych w jasyr.

    Nic dziwnego, że traktowano Sobieskiego, jak wybawiciela, a wyrazem wdzięczności są poświęcone mu w rejonie Lubaczowa pomniki i inne miejsca pamięci. Jadąc od strony Kresowej Osady w Baszni Dolnej w stronę Baszni Górnej, Podlesia i Huty Kryształowej możemy w okolicy ostatniej z wymienionej miejscowości przysiąść w cieniu trzech dębów Sobieskiego, pod którymi – według miejscowego podania – odpoczywał on podczas wyprawy na czambuły tatarskie. W Wysocku koło Jarosławia znajduje się oryginalny – niestety pozostający w złym stanie technicznym – budynek, w którym Sobieski bywał. Z kolei w Oleszycach jest kapliczka, którą – według miejscowego podania – zbudował Sobieski w trakcie powrotu z jednej z wypraw. Sobieski bywał w tych terenach także na polowaniach, choćby dlatego, że miasto Jarosław było własnością jego żony. 

    O znaczeniu bitwy pod Niemirowem świadczy choćby fakt umieszczenia płaskorzeźby przedstawiającej jej ostatni akord na frontonie pałacu w Wilanowie, który – jako rezydencja Sobieskiego – stał się też pomnikiem jego chwały. W muzeum w Baszni Dolnej prezentowana jest jej kopia.

    Na zdjęciu: fragment ekspozycji w muzeum w Baszni Dolnej, poświęconej wyprawie Sobieskiego na czambuły tatarskie w Niemirowie.

    Literatura:

    [1] Leszek Podhorodecki: Sobiescy herbu Janina, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1981.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Olsztyn. Jedyny już taki piec. Oryginał zbombardowano w Królewcu

    Olsztyn. Jedyny już taki piec. Oryginał zbombardowano w Królewcu

    Piec kaflowy w holu skrzydła barokowego zamku w Olsztynie – zbudowanego w XVIII w. na potrzeby wizytujących zamek biskupów – to jedna z nielicznych już pamiątek po… zamku w Królewcu w Prusach wschodnich. Przestał istnieć po dywanowych nalocie aliantów na Królewiec w 1945 r., a tym samym zniszczeniu uległ pierwowzór pieca w zamku olsztyńskim. Kopia stała się tak cenna, jak oryginał.

    Olsztyński piec to wierna kopia królewieckiego – dostał te same gabaryty i kształt. Pełnił funkcję grzewczą i reprezentacyjną. Zbudowany został w 1910 r. przy okazji dużego remontu olsztyńskiego zamku na pocz. XX w. – postanowiono wówczas przystosować go do celów reprezentacyjnych na potrzeby siedziby rejencji olsztyńskiej. Kafle wykonano ręcznie w manufakturze w Malborku (wówczas Marienburg in Ostrpeussen). Są malowane kobaltem, w efekcie czego po wypaleniu otrzymały piękny błękitny kolor. Duże przedstawiają muzy oraz opiekunki sztuk i dziedzin nauki, natomiast mniejsze – uzupełniające – sceny rodzajowe i motywy roślinne. Piec posadowiono na dębowych nogach, dzięki czemu wymuszano dodatkowy obieg powietrza przy posadzce, zapewniono jego równomierny obieg w pomieszczeniu i w efekcie jego lepsze ogrzanie.

    Dlaczego skopiowano akurat piec z zamku w Królewcu? Nie wiadomo. Zapewne  zdecydował o tym któryś z dygnitarzy niemieckich. W pocz. XX w. zamek olsztyński pełnił funkcję urzędu – mieściły się w nim biura, w których przyjmowano petentów. Można więc przyjąć, że jeden z urzędników przebywając w Królewcu zwrócił uwagę na piec, który potem odwzorowano. Pierwotnie stał w innym miejscu olsztyńskiego zamku. Rozebrany i przeniesiony został w latach 70. XX w., gdy kładziono obecną posadzkę. Podłączono go do przewodu kominowego, ale nie jest już użytkowany, gdyż po złożeniu nie wypełniono go ponownie szamotem. Nie było takiej potrzeby – z góry założono, że nie będzie używany.

    Na Warmii piece pełniły funkcję grzewczą, dekoracyjną i dydaktyczną – zarówno w domach szlacheckich, jak i chłopskich. Kafle pięknie zdobiono – na ogół scenami rodzajowymi. W chłopskich chatach stawano piece przedstawiające zwykle całe cykle prac polowych. Gdy w zimowe wieczory rodzina zasiadała przy piecu, senior rodu wykorzystywał je jako ilustracje swych lekcji o pracach wykonywanych podczas poszczególnych pór roku.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Podkarpacie. Niesamowity kryształowy pająk hetmana

    Podkarpacie. Niesamowity kryształowy pająk hetmana

    Kresowa Osada w Baszni Dolnej w gminie Lubaczów na Podkarpaciu przyciąga bywalców salonów m.in. luksusowym kryształowym pająkiem. Owszem, to kopia, ale nie byle jaka – żyrandola ze słynnej manufaktury szkła w Hucie Kryształowej. Do dziś zachował się tylko jeden oryginał – w kościele parafialnym w Horyńcu-Zdroju, pod okiem franciszkanów.

    Wprawdzie ksiądz dziekan z Lubaczowa twierdzi, że oryginalny żyrandol z Huty Kryształowej widział też w Zamościu, ale nawet jeśli to prawda, to wisi on w rezydencji biskupa, więc zobaczenie go graniczy z cudem.

    Manufaktura w Hucie Kryształowej powstała w 1717 r. i miała dwóch udziałowców – hetmana wielkiego koronnego Adama Mikołaja Sieniawskiego i Konstantego Franciszka Fremera. Pochodzący z Francji Fremer dał kow-how, a hetman kapitał. Wkrótce ich huta zajęła pierwsze miejsce w Polsce i czwarte w świecie pod względem produkcji szkła ekskluzywnego kryształowego. Surowca mieli pod dostatkiem – w okolicy były złoża piasku szklarskiego, a w lasach pełno drewna – paliwa do pieców szklarskich. Bywało, że huty po wyczerpaniu surowca – np. wytrzebieniu lasów – wędrowały. Huta hetmana i Fremera działała pierwotnie w Hucie Starej.

    W rejonie Baszni Dolnej działało sporo hut. Najbliżej ulokowana była huta Złomy, a jadąc w stronę Suśca można było trafić wręcz do zagłębia hutniczego.

    Oryginalne wyroby z Huty Kryształowej posiadają Muzeum Narodowe w Warszawie, muzeum-pałac w Wilanowie, a najbliżej miejsca pochodzenia – muzeum-zamek w Łańcucie. Ponadto znajdują się one w kolekcjach muzeów zagranicznych.

    W 1806 huty w Hucie Kryształowej już nie było. Pod koniec działalności przejęli ją hutnicy czescy. Nie wiadomo, czy faktycznie chcieli produkcję utrzymać, czy… przeciwnie – doprowadzić ją do definitywnego upadku, likwidując w ten sposób konkurencję.

    Na zdjęciu: wspaniały kryształowy pająk w muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej.

    Tekst i fot. Marek Perzyński