A sample text widget
Etiam pulvinar consectetur dolor sed malesuada. Ut convallis
euismod dolor nec pretium. Nunc ut tristique massa.
Nam sodales mi vitae dolor ullamcorper et vulputate enim accumsan.
Morbi orci magna, tincidunt vitae molestie nec, molestie at mi. Nulla nulla lorem,
suscipit in posuere in, interdum non magna.
|
Przedstawiana jest jako przykład interesującej plastyki sakralnej w Kotlinie Kamiennogórskiej. Jest to dzieło o charakterze ludowym, pokrewne artystycznie z figurą Matki Boskiej Tronującej w lesie pomiędzy Witkowem Śląskim a Nowymi Bogaczowicami, teatralne w wyrazie. Z tyłu cokołu, na którym stoi frontalnie figura modlącego się w Ogrójcu Jezusa, ukazano anioła z kielichem, który „ukazał Mu się z nieba i umacniał Go” (Łk 22, 43). Na postumencie widoczny jest relief przedstawiający śpiących apostołów Piotra, Jakuba, Jana, sługi świątynne przywiedzione w to miejsce przez Judasza i unoszących się powyżej dwóch aniołów, pomiędzy którymi znajduje się kartusz z napisem: „Jesus Christus Betend am Oelberge in der Nacht daer ward”, co znaczy: „Chrystus na Górze Oliwnej w noc pojmania”. Dzieło to datowane jest na ostatnie lata przed kasatą w 1810 r. opactwa cystersów w pobliskim Krzeszowie. Jego współczesna, pstrokata malatura podkreśla ludowy charakter rzeźby. Stoi na posesji nr 3, ustawiona frontalnie do drogi publicznej wiodącej w kierunku przejazdu pod nasypem kolejowym m.in. na łąkę, z której widać na wzniesieniu kaplicę św. Anny [1, s. 255].
[1]
Ks. Stanisław Książek: Mała architektura sakralna Kotliny
Kamiennogórskiej, Wydawnictwo Maria, Kamienna Góra,
2001.
Marek
Perzyński ©®
Bobrański Bogusław (ur. 1904 – zm. 1991), wybitny polski chemik, farmaceuta, autor wielu prac eksperymentalnych i podręczników akademickich, w latach 1957-1962 rektor Akademii Medycznej we Wrocławiu. Odznaczany m.in. krzyżami Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Karierę naukową rozpoczął we Lwowie. Spoczął na cmentarzu Świętej Rodziny na wrocławskim Sępolnie
Marek Perzyński
Byłe opactwo cysterskie w Henrykowie – pomnik kultury polskiej – jest co roku miejscem, do którego przybywa pielgrzymka osób niepełnosprawnych, ich rodzin i przyjaciół. W tym roku miała wymiar szczególny – odbyła się już po raz 10. Zaplanowana została na ostatni dzień wakacji, 31 sierpnia.
Mszy świętej we wspaniałej scenerii kościoła cystersów przewodniczył arcybiskup Józef Kupny, metropolita wrocławski. Otrzymała wspaniałą oprawę – organów, młodzieżowej grupy wokalnej i orkiestry, która na podniesienie zagrała fanfary.
Pielgrzymka do Henrykowa jest wyjątkowym wydarzeniem społecznym – przeciwdziała wykluczeniu społecznemu, uwrażliwia na problemy ludzi niepełnosprawnych. Współorganizatorem spotkania jest Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży. Sprawność młodzieży w zestawieniu z niedomaganiami fizycznym osób niepełnosprawnych daje obraz, obok którego nie sposób przejść obojętnym. Nie ma lepszej lekcji wychowawczej, ale tego zadania wciąż – jako społeczeństwo – nie odrobiliśmy. Pokazują to zmagania dzieci niepełnosprawnych z Wrocławia, które mają utrudniony dostęp do edukacji od kiedy miasto Wrocław zlikwidowało ich ośrodek.
- Uczyniono tak mimo społecznych protestów i sprzeciwu kuratorium oświaty i wychowania – przypomina Małgorzata Calińska-Mayer, radna wojewódzka, przewodnicząca Komisji Skarg, Wniosków i Petycji Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, która przyjechała 31 sierpnia br. do Henrykowa, aby wesprzeć osoby niepełnosprawne w ich walce o godne życie (na zdjęciu pierwsza z prawej podczas wejścia celebransów przed ołtarz).
Tekst i fot. Marek Perzyński ©®
Teatr Polski we Wrocławiu – jako wiodąca placówka tego typu na Dolnym Śląsku z racji m.in. posiadanego potencjału (trzy sceny, zaplecze techniczne włącznie z pracowniami, liczący ponad 50 osób zespół aktorski, tradycja sięgająca 1945 r.) jest jednym z ważniejszych czynników budujących prestiż lokalnej społeczności i wpływających na jakość życia.
Prestiż jest wartością ekonomiczną, a tym samym kultura – choć wymaga nakładów finansowych – jest jednym z ważniejszych czynników wpływających na gospodarczą atrakcyjność regionu. O tym, jak bardzo czynnik ten brany jest pod uwagę w społeczeństwach wysoko rozwiniętych, świadczy – obserwowana m.in. na Dolnym Śląsku zwłaszcza w obszarze Sudetów – migracja młodego pokolenia z mniejszych miast do dużych ośrodków, czemu towarzyszy argumentacja – „bo tam, gdzie mieszkałem nic się nie działo”.
W przypadku Teatru
Polskiego następuje sprzężenie zwrotne – przygotowując ofertę kulturalną angażowani
są często partnerzy z sektora gospodarczego, dzięki czemu instytucja jest w
stanie zrealizować np. nowy spektakl wymagający dużych nakładów ekonomicznych. Biznes
– angażując się w tę sferę życia – traktuje to przedsięwzięcie nie jako
wydatek, ale inwestycję. Jakość życia mieszkańców – a tym samym zadowolenie z
zamieszkania w danym regionie – wiąże z nim ludzi, co ma istotny wpływ na
stabilizację na rynku pracy. Posiadanie teatru nobilituje, wskazuje na
możliwości i aspiracje lokalnej społeczności, wspomaga budowanie relacji
międzyludzkich, jest jednym z czynników, który wpływa na jakość życia i w
efekcie na stan gospodarczy regionu.
Teatr Polski we Wrocławiu – instytucja wspófinansowana przez samorząd wojewódzki i resort kultury – de facto spełnia funkcję instytucji narodowej. W naturalny sposób współpracuje z uczelniami wyższymi, wspomagając je w obszarze edukacyjnym, udostępniając w celach naukowych choćby swe archiwum literackie. Jest też miejscem, w którym poprzez otwarcie swej przestrzeni dla różnych środowisk – choćby scenę dla teatrów typu off, galerię w gmachu głównym, działalność edukacyjną prowadzoną również wprost w szkołach – otwiera nie tylko na nowe doznania, ale spotkania z wielką literaturą, zachęcając do twórczych poszukiwań. Tym samym wspomaga proces budowania społeczeństwa obywatelskiego, które w gospodarce rynkowej –opartej na nowych technologiach – ma do spełnienia kluczową rolę. Z tej perspektywy planowany proces digitalizacji zbiorów zasobu archiwum literackiego Teatru Polskiego we Wrocławiu jest zadaniem o znaczeniu fundamentalnym.
Na zdjęciu: fragment spektaklu „Xsięgi Schulza” w reż. Jana Szurmieja.
Tekst i fot. Marek Perzyński
Raułuszkiewicz Stanisław (zm. 2019 r.), wrocławianin, nauczyciel akademicki, profesor doktor habilitowany, od 1953 r. w Katedrze Patologii Rozrodu i Kliniki Położniczej Wydziału Weterynaryjnego Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu. Wychowawca i mentor wielu pokoleń lekarzy weterynarii na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W nekrologu zamieszczonym w prasie podkreślono, że był zasłużonym, wyjątkowo życzliwym profesorem, lubianym przez studentów i pracowników [1, s. 7]. Spoczął 9.08.2019 r. na cmentarzu parafialnym przy ul. Smętnej we Wrocławiu.
[1] Nekrolog prof. dr. hab.
Stanisława Raułuszkiewicza podpisany przez Dziekana, Radę Wydziału Medycyny
Weterynaryjnej i społeczność akademicką Uniwersytetu Przyrodniczego we
Wrocławiu, wrocławska edycja „Gazecie Wyborczej”, 8.08.2019.
Lazarowicz Romuald (ur. 11.08.1953 r. Wrocław – zm. 2.08.2019 r. Wrocław), działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, związany z „Solidarnością” i „Solidarnością Walczącą”, pisarz, redaktor i współtwórca wolnych mediów, współwłaściciel oficyny wydawniczej, Kustosz Pamięci Narodowej, odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Wolności i Solidarności, Krzyżem Solidarności Walczącej oraz Krzyżem WiN [1, s. 7]. Za wybitne zasługi w upowszechnianiu wiedzy o najnowszej historii Polski odznaczony został pośmiertnie przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, który – w imieniu zmarłego – odebrała jego żona, Helena. Romuald Lazarowicz był wnukiem majora Adama Lazarowicza ps. „Klamra”. Spoczął na cmentarzu przy ul. Bujwida we Wrocławiu. W pogrzebie wziął udział m.in. wywodzący się z Wrocławia premier Mateusz Morawiecki, syn Kornela, założyciela „Solidarności Walczącej”.
[1] Nekrolog Romualda Lazarowicza zamieszczony przez Andrzeja Jarocha, przewodniczącego Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, wrocławska edycja „Gazecie Wyborczej”, 8.08.2019.
Marek Perzyński
Główne
drzwi katedry w Opolu – zamontowane w listopadzie 1997 r. – to
unikat. Zostały odlane ze spiżu. W całej Polsce dzieł tego typu
jest tylko kilka, m.in. w Gnieźnie, Płocku i Tarnowie. Opolskie to
rodzaj podręcznika do nauki historii Opolszczyzny – wciąż słabo
rozpropagowanego turystycznie regionu – i w efekcie poznania
mentalności jej mieszkańców. Przedstawiono na nich nawet…
powódź tysiąclecia w 1997 r.
Spiżowe drzwi
powstały w czasie urzędowania pierwszego biskupa opolskiego,
Alfonsa Nossola, dzięki któremu utworzono w Opolu
uniwersytet. Tak wzmocniono intelektualne zaplecze regionu, w efekcie
czego w 1999 r. – podczas wielkiej reformy administracyjnej Polski
– mieszkańcom udało się ocalić województwo opolskie i
zachować samorządową autonomię na poziomie wojewódzkim
m.in. w zakresie dysponowania środkami. Zaprocentowało też silne
poczucie własnej tożsamości, zakorzenionej w lokalnej tradycji i
obyczaju.
Jak
uczonym w Opolu zaczął sprzyjać nawet Bóg
Abp Nossol
(tytułem arcybiskupa został obdarzony przez papieża Jana Pawła II
m.in. za wybitne zasługi na rzecz ekumenizmu w Polsce) wiedząc, że
dzięki pozycji w hierarchii społecznej jego głos o specyfice
Opolszczyzny dotrze nie tylko pod strzechy, ale i do urzędniczych
gabinetów, doprowadził do powstania uczelni wykorzystując
zaplecze seminarium duchownego. Tak teologia stała się podwaliną
uniwersytetu, który obudowano innymi wydziałami.
„Mowa
serca”
Biskup tłumaczył,
że uczelnia powstać musi, by oszczędzić ludziom… przykrości.
Według niego mogliby spotykać się w dużych ośrodkach
akademickich – z powodu posługiwania się charakterystyczną dla
wielu obszarów Opolszczyzny gwarą – z ostracyzmem. Mają
zaś prawo do nieskrępowanego używania – jak to określał –
„mowy serca”. Miał też na myśli język niemiecki, który
w wielu środowiskach na Opolszczyźnie – z racji zamieszkującej
ten region sporej grupy mniejszości niemieckiej – używany jest
powszechnie.
Drogie
drzwi nie tylko sercu
Decyzja o
wykonaniu spiżowych wrót do katedry zapadła w 1993 r., a
impulsem było – przypadające w 1995 r. – 700-lecie parafii
katedralnej, o czym przypomina napis z obu stron wrót – z
jednej strony po polsku, z drugiej po łacinie. Z jak ogromnymi
kosztami wiąże się taka inwestycja, może świadczyć choćby
fakt, że pomysł udało sfinalizować dopiero w 1997 r.
„Symfonia
światła”
Drzwi opolskiej
katedry – jako dzieło sztuki – otrzymały nazwę „Symfonia
światła”, zgodnie z zawartym w nich programem ideowym. Życie
przyrównano tutaj narracyjnie do wielkiego dzieła muzycznego,
w którym odgrywamy – zależnie od pozycji społecznej,
uwarunkowań zewnętrznych, potrzeb i nabytych kompetencji – różną
rolę, a dyrygentem jest sam Bóg-Stwórca. Rolę
uwertury pełnią sceny ukazane w tympanonie, znajdującym się nad
drzwiami. Przedstawiają początki ludzkości zgodnie z przekazem
Księgi Rodzaju. Tyle że tutaj w akcie stworzenia udział bierze
cała Trójca Święta, opromieniająca to dzieło. Ciała
niebieskie – efekt kreacji Boga Ojca – rozświetla złoty blask.
Promienie spływające w dół są niczym rodzaj starożytnego
zapisu nutowego hymnu „Ciebie Boże wychwalamy”. Trójca
Święta tworzy tutaj kompozycyjną oś. Wyraża boską harmonię,
doskonały ład, który naruszył grzech. Po lewej stronie u
dołu tympanonu umieszczono trzy sceny rozgrywające się w raju:
stworzenie człowieka, grzech pierworodny i wygnanie z raju. Z prawej
u dołu tympanonu widzimy zaś zabójstwo Abla przez jego brata
Kaina oraz ofiarę Abrahama. Ofiarę złożyli też Kain i Abel, dymy
ofiarne się łączą, ale dym z ofiary Kaina nie został przyjęty –
snuje się po ziemi.
Anioł
czyny waży
Listwa łącząca
wizualnie lewe i prawe drzwi jest swoista cezurą pomiędzy światem
pełnym harmonii – ukazanym w górnej części tympanonu –
a światem, w którym dobro miesza się nieustannie ze złem.
Człowiek w walce ze złem nie jest sam – Bóg daje mu
wsparcie, ale też – jak mówi katechizm – za dobre
wynagradza, a za złe karze. Jako jeden z pierwszych na listwie –
patrząc od góry – ukazany został św. Michał Archanioł z
wagą, odmierzający ludzkie czyny. Ponadto widzimy relief
przedstawiający przechowywane w opolskiej katedrze relikwie Krzyża
Świętego, następnie św. Weronikę z chustą z odbitym na niej
wizerunkiem umęczonego Chrystusa oraz patronów-orędowników:
św. Floriana gaszącego pożar i św. Franciszka z gołąbkami w
dłoniach, symbolizującymi pokój, dobro i ofiarę.
Wir
dziejów
Z postacią św. Michała Archanioła dzierżącego wagę konweniuje wiatrak, ukazany w dolnej części lewego skrzydła drzwi. Ich autor – Adolf Panitz – zobrazował tak wieczność, nie skamieniałą, ale dynamiczną, w której nieustannie miesza się to, co było i co jest z tym, co będzie. Wrażenie dynamiki wzmocnił prezentując wydarzenia i postaci z różnych miejsc i epok poprzez ich celowe przemieszanie, tworząc na pozór chaotyczną kompozycję. Rezygnacja z geometrycznego układu kwater była zatem zabiegiem celowym.
Motyw z Nysy
Swoisty wywód o dziejach zbawienia – w kontekście historii diecezji opolskiej i w ogóle Opolszczyzny – kontynuowany jest na obu skrzydłach drzwi. Górna część skrzydła lewego obrazuje potop. Za Mojżeszem dzierżącym kamienne tablice z Dekalogiem podąża Noe wiodący wybranych – bogobojnych – przedstawicieli rodzaju ludzkiego do arki. Widoczna nad nimi podparta o księgę postać to prorok Izajasz. Nieopodal Mojżesza widzimy scenę chrztu Chrystusa w Jordanie, Matkę Boską Opolską, św. Piotra oraz św. Jakuba dźwigającego na plecach – niczym Atlant – bazylikę w Nysie, noszącą jego wezwanie. W tej części wrót przedstawiono też scenę kuszenia Antoniego Pustelnika przez kobietę w stroju Ewy.
Św. Jacek w wychodzi z płomieni
Strona prawa drzwi przedstawia swoisty korowód postaci związanych ze Śląskiem Opolskim. Św. Jacka – ratującego się z płomieni – rozpoznamy po monstrancji. Św. Jacek cieszy się wielką popularnością na Śląsku Opolskim. W kompleksie zamkowym w Kamieniu Śląskim – odnowionym staraniem diecezji opolskiej z przeznaczeniem na dom rekolekcyjny, studiów i sanatorium – ma dedykowano mu kaplicę, a abp Nossol mieszkanie, do którego przeniósł się z Opola po przejściu na emeryturę.
Inkwizytor z Opola. Pierwszy w Polsce
Obok św. Jacka widzimy Reginalda (pierwszego udokumentowanego – w 1223 r. – proboszcza obecnej katedry) i św. Pawła, który patronuje jednemu z ważniejszych dla dziejów Opola kościołów. Oczywiście, nie mogło zabraknąć św. Wojciecha, który – według miejscowych przekazów traktowanych przez historyków w kategoriach legendy – miał w sąsiedztwie tzw. kościoła „na górce” udzielać chrztu dawnym tutejszym pogańskim mieszkańcom i głosić kazania. Ważne miejsce w historii zajęli też – i dostali miejsce na drzwiach katedry – Peregryn z Opola (słynny dominikański kaznodzieja i pierwszy na ziemiach polskich inkwizytor) i ostatni opolski książę piastowski Jan Dobry, na tarczy którego znajduje się herb Opola: półkrzyż i półorzeł. Książę dostał tutaj do towarzystwa św. Annę Samotrzecią – niezwykle czczoną na Górze św. Anny na Opolszczyźnie. Powyżej niej widzimy św. Jadwigę śląską. Na tym nie koniec, bo przedstawiono też postacie z najnowszej historii Opolszczyzny: pierwszego biskupa opolskiego Franciszka Jopa, papieża Jana Pawła II (ukazany został na prawy skos od św. Anny) i abp. Alfonsa Nossola (on dostał miejsce na prawo od papieża-Polaka ). Z drugiej strony papieża widzimy ks. Stefana Baldego (inicjator budowy spiżowych wrót do katedry, ówczesny jej proboszcz) oraz – w birecie i okularach – ks. Józefa Kubisa, dawnego katedralny proboszcza, który przeszedł do historii jako budowniczy sześciu opolskich kościołów i trzech szpitali. O związkach diecezji opolskiej z miejscowym uniwersytetem i w ogóle uniwersytecki charakter Opola podkreśla herb tej uczelni, a ogólnopolskie idee bliskie mieszkańcom i system preferowanych przez nich wartości – sztandar „Solidarności”, postaci o. Maksymiliana Kolbego, ks. Jerzego Popiełuszki i Lecha Wałęsy.
Według
Ślązaków nawet zwykła ludzka praca się opłaca
Zwykła ludzka
praca – wpisana w etos Ślązaka – uosabiają tutaj oblicza
zwykłych ludzi: górników, hutników, kowala,
rolnika, ogrodnika, młynarza, piekarza. Gdy powstawały katedralne
drzwi, wciąż żywe było wspomnienie wielkiej powodzi, która
latem w 1997 r. nawiedziła również Opolszczyznę. Sceny z
zalanego Opola umieścił artysta w dolnej części prawego skrzydła
drzwi.
Spiżowe drzwi w
Opolu – pokryte już patyną – są nie tylko swoistą Biblią
pauperum, ale same stały dokumentem epoki, w której powstały.
Tworząc je nawiązano do tradycji sięgającej średniowiecza, gdy
tego typu dzieła – podnoszące rangę świątyni i będące pomocą
duszpasterską w prezentowaniu trudnych często treści teologicznych
– zaistniały po raz pierwszy w świątyniach.
Adolf Panitz – projektant spiżowych drzwi do opolskiej katedry – jest Ślązakiem (urodził się w Zabrzu), absolwentem ASP w Krakowie. W Opolu, z którym związał się w 1964 r., można oglądać wiele jego dzieł, m.in. tympanon nad bocznym wejściem, grobowiec księcia Jana Dobrego i epitafium bpa Franciszka Jopa w katedrze oraz płaskorzeźbę upamiętniającą hrabiego Matuschkę przy ul. Krakowskiej.
Literatura:
Krzysztof Ogiolda: Historia zbawienia i regionu zapisana w drzwiach opolskiej katedry, https://plus.nto.pl/historia-zbawienia-i-regionu-zapisana-w-drzwiach-opolskiej-katedry/ar/11599950, dostęp 31.07.2019.
Na zdjęciu: fragment spiżowych drzwi opolskiej katedry przedstawiający m.in. św. Jacka.
Tekst i fot. Marek Perzyński
wszelkie prawa zastrzeżone
Bazylika
archikatedralna na poznańskim Ostrowie Tumskim – duma rodowitych
Poznaniaków, kościół o najstarszej metryce pisanej w
Polsce, jeden z najznakomitszych zabytków w kraju – zawiera
zaskakująco duży ładunek…
dolnośląskiego DNA.
Ołtarz główny – późnogotycki poliptyk z 1512 r., prawdopodobnie dłuta wrocławskiego rzeźbiarza Jakuba Beinhardta – sprowadzono w 1952 r. z kościoła pw. św. Katarzyny w Górze Śląskiej, flankujące prezbiterium stalle z pocz. XVII w. pochodzą ze Zgorzelca, a stojąca przy łuku tęczowym późnobarokowa ambona z 1720 r. jest z Milicza – wymieniając najważniejsze elementy wyposażenia poznańskiej archikatedry Włodzimierz Łęcki w przewodniku „Zwiedzamy Poznań” nie ukrywa miejsca ich pochodzenia [1, s. 30-32].
Patronka
na złotym polu
O ile utratę stalli i ambony Dolnoślązacy mogą jakoś przeboleć, to widząc ołtarz główny bierze żal, że tak wspaniale dzieło sztuki – dające pojęcie o prymarnej roli śląskiej kultury w średniowieczu w Polsce – wywieziono z Dolnego Śląska. Wprawdzie w bazylice archikatedralnej ołtarz zajął centralne miejsce, a w kościele w Górze Śląskiej – po zamontowaniu podczas modernizacji kościoła nowego ołtarza – prezentowany był on na ścianie bocznej, nie umniejsza to faktu, że wywożąc to dzieło zubożono Śląsk kulturowo. Tym bardziej, że ołtarz ten jest z kościołem w Górze Śląskiej związany ideowo. Otóż trzy rzeźby na złotym polu – przedstawione w polu środkowym – wyobrażają NMP z Dzieciątkiem, patronkę kościoła w Górze Śląskiej św. Katarzynę oraz św. Barbarę. Towarzyszy im 12 świętych – wyobrażające ich rzeźby widzimy na skrzydłach bocznych. Rewersy i awersy skrzydeł bocznych – prezentowanych w okresie Wielkiego Postu – przedstawiają sceny pasyjne. Z kolei na rewersach skrzydeł tylnych eksponowane są – w okresie Adwentu – postacie czterech świętych. Eksponowana w predelli scena Ostatniej Wieczerzy nawiązuje do sprawowanej podczas Mszy św. Eucharystii [1, s. 31, 33].
Gotyk
częściowo zrekonstruowany
Ołtarz
główny, stalle i ambona trafiły do bazyliki archikatedralnej
po II wojnie światowej. Część jej oryginalnego wyposażenia
przepadło podczas walk o Poznań toczonych w lutym 1945 r. Odbudowa
bazyliki archikatedralnej z wojennych zniszczeń trwała 11 lat.
Gotycka sylwetka, którą wówczas odzyskała, to efekt
częściowej rekonstrukcji (w ok. 40 proc). Przeprowadzono wówczas
też prace archeologiczne, dzięki czemu odsłonięto w podziemnych
kryptach – udostępnianych odtąd do zwiedzania – wiele elementów
wczesnoromańskich i romańskich [1, s. 31].
Na zdjęciu: na pierwszym planie ambona z Milicza, w głębi prezbiterium – ołtarz główny pochodzący z kościoła pw. św. Katarzyny w Górze Śląskiej.
Literatura:
[1]
Włodzimierz Łęcki: Zwiedzamy Poznań, Wydawnictwo PTTK
“Kraj”,
Warszawa 1990.
Tekst
i fot. Marek Perzyński ©
Wszelkie
prawa zastrzezone
Przy pomniku rotmistrza Witolda Pileckiego tuż obok Promenady Staromiejskiej we Wrocławiu rozpoczną się 1 sierpnia centralne na Dolnym Śląsku obchody 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
Przebieg uroczystości:
16:45 – rozpoczęcie uroczystości pod
pomnikiem: przemówienia okolicznościowe, godzina „W”- syreny alarmowe,
apel pamięci i salwa honorowa, złożenie kwiatów;
18:00 – Msza święta w bazylice garnizonowej
pw. św. Elżbiety we Wrocławiu.
Na uroczystości zapraszają organizatorzy: Wojewoda
Dolnośląski Paweł Hreniak, Dowódca Garnizonu Wrocław płk. Dariusz Krzywdziński
oraz Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Dolnośląski.
Marek Perzyński
W Szklarskiej Porębie – na stoku powyżej górskiej rzeki Kamiennej – – działa Leśna Huta (ul. Kołłątaja 2), w której na własne oczy można zobaczyć, jak powstaje wazon, kryształowy ptak czy jedyna w swoim rodzaju lampa w odcieniu butelkowej zieleni.
Po przekroczeniu głównej drogi wiodącej do Szklarskiej Poręby, mostu, idąc w górę boczną drogą dojdziemy do miejsca, w którym Henryk Łubkowski kontynuuje wielowiekowe tradycje szklarskie pod Szrenicą. Miejscowa huta „Julia” (w niemieckich czasach nosiła nazwę „Józefina”) przestała istnieć w czasach ekonomicznych rządów w Polsce Balcerowicza. Pozostały niszczejące budynki. Henryk Łubkowski przepracował w „Julii” ponad 11 lat, nie czekał, aż zakład padnie i poszedł na swoje. W 1990 r. założył „Leśną Hutę”, którą w 2003 r. udostępnił turystom. Przy rozgrzanym, jak wulkan piecu, jedna osoba formuje szklaną masę, druga podaje narzędzia. Pobieranie masy trwa krótko, znacznie dłużej jej formowanie i to jest dla turysty najciekawszy widok. Obok jest sklep, w którym można kupić wazony, dzbany, patery. Za oknem majaczą góry. I pomyśleć, że dawniej z hutnictwa szkła utrzymywały się w Karkonoszach całe rodziny. Po polskiej stronie gór przetrwały tylko dwie huty – w Piechowicach i w Szklarskiej Porębie mistrza Łubkowskiego.
Na zdjęciu: mistrz Henryk Łubkowski, założyciel „Leśnej Huty” w Szklarskiej Porębie.
Tekst i fot. Marek Perzyński
Szklarska
Poręba to miasto biznesu i ludzi kultury. Biznes lubi ciszę, więc
prym pod Szrenicą wiodą artyści. Wytyczono kilka szlaków
ich śladami, a są tacy, którzy wytyczają takie trasy na
własny użytek. Wiodą do domów malarzy, literatów,
kolekcjonerów światowej sławy i hotelu, który
prowadzi… tenor.
Czasami biznes spotka się z kulturą. Rafał Wróblewski,śpiewak operowy, organista i prawnik w jednej osobie, został menedżerem hotelu “Sasanka”. Zrezygnował z pracy w operze wrocławskiej, choć śpiewa tenorem, zatem głosem szczególnie lubianym nie tylko przez melomanów. W biznesie jest twardy, jak karkonoski granit, ale zostały mu miękkie kompetencje artysty: otwartość, życzliwość, empatia na potrzeby promocyjne otoczenia, szerokie spojrzenie, potrzeba wspólnotowego przeżycia. Choć pochodzi z Oławy, został ambasadorem marki Szklarska Poręba. Odwiedzają go nawet politycy prosząc o poparcie lokalnej społeczności.
Słynni
bracia literaci
Kolonia artystyczna powstała w Szklarskiej Porębie na długo przed II wojną światową. Motorem przedsięwzięcia byli bracia Gerhart Hauptmann, laureat nagrody Nobla z dziedziny literatury (otrzymał go za dramat „Tkacze), i jego brat Carl, który tak oszlifował niemiecki przekład „Chłopów”, że Reymont dostał identyczną nagrodę za „Chłopów”. Malarze-pejzażyści rozpropagowali karkonoski krajobraz, obrazy reprodukowano na pocztówkach w ogromnych nakładach.
Przyszła II wojna światowa, Dolny Śląsk przeszedł wymianę ludności, ale genius loci Szklarskiej Poręby przetrwał.
W 1946 r. zamieszkał w Szklarskiej Porębie Jan Sztaudynger, wybitny polski literat, mistrz krótkiej, skrzącej się dowcipem formy literackiej – fraszki. Kilkuletni pobyt Sztaudyngera w Szklarskiej Porębie (1946-1950) zaowocował licznymi tekstami. Mieszkał przy ul. 1 Maja 55, w typowo ludowym domu, typu przysłupowego. Był w nim szczęśliwy. Uwielbiał spacery. Współcześnie wytyczono w Szklarskiej porębie Dużą Sztaudyngerowską Trasę Turystyczną. Szlak liczy ok. 30 km, jego najniższy punkt jest przy parkingu obok wodospadu Szklarki (490 m n.p.m.), a najwyższy to Wysoki Kamień (1058 m n.p.m.), zatem łączne przewyższenie wynosi ok. 900 m. Wiedzie śladami Jana Sztaudyngera i obejmuje okoliczne miejsca, wskazując na niepospolitość Szklarskiej Poręby. Sztaudynger spacerował tutaj niemal codziennie, delektując się widokami. Jego sudecki dom w 2005 r. spłonął. Miejsce to oznaczono tablicą pamiątkową.
Dom
ucznia Malczewskiego
Sztaudynger namówił do osiedlenia się w Szklarskiej Porębie ucznia Malczewskiego, Wlastimila Hofmana (1881-1970). Promowany przez władze socreralizm był mu obcy, nie chciał malować robotników w halach, kobiet na traktorach, wolał malować Madonny, portrety mieszkańców, anioły. Bywało, że wymieniał obraz za jedzenie, a zamiast honorarium lekarz dostawał swój portret. Dziś dobrej klasy artystycznej obrazy Wlastimila Hofmana sprzedawane są na aukcjach lekko po kilkanaście tysięcy zł.
Taniej kupić bilet do muzeum w Szklarskiej Porębie (dawny dom braci Hauptmannów), które ma sporo prac Hofmana, lub obejrzeć jego dom, pełen pamiątek. Mieszkał pod Szrenicą ponad 20 lat. Zachował się tak, jak pozostawili go gospodarz i jego żona, odchodząc z tego świata.
Juliusz Naumowicz i Grzegorz Sokołowski pozostawili po sobie muzea mineralogiczne pełne skarbów. Minerały Karkonoszy, Gór Izerskich, zagłębia miedziowego (obszar Lubina, Polkowic, Rudnej), Szklar koło Ząbkowic Śląskich to tylko część wartych krocie kolekcji. Skarby ziemi przywiodły w okolice Szklarskiej Poręby poszukiwaczy już w średniowieczu. Byli to Walonowie, co wskazuje na ich cudzoziemskie pochodzenie.
Skamieniały
las
Wabikiem muzeum założonego przez Grzegorza Sokołowskiego jest skamieniały las, prezentowany jest przed jego siedzibą, notabene ślicznym domem typowym dawniej dla górskich miejscowości w Sudetach.
Muzeum „Juna”, założone przez Juliusza Naumowicza, mieści się w tzw. karczmie głodowej. Od tego roku znów można je zwiedzać – obiekt odbudowano po pożarze, który strawił też część zbiorów.
Na
zdjęciu:
Rafał Wróblewski – artysta pochodzący z Oławy – został ambasadorem marki Szklarska Poręba.
Tekst
i fot. Marek Perzyński
Największy w Europie kompleks kopalni krzemienia powstał w rejonie obecnych Krzemionek Opatowskich w Świętokrzyskiem w okresie neolitu (ok. 4 tys. lat temu do 2. tysiąclecia p.n.e.), ale na sławę czekał aż do lipca 2019 r., gdy ogłoszono, że wpisany został – jako 16. obiekt w Polsce – na listę światowego dziedzictwa światowego UNESCO.
To „wybitne dzieło twórczego geniuszu człowieka, niesie unikalne świadectwo tradycji kulturowej i stanowi wybitny przykład zespołu obiektów techniki i krajobrazu, który ilustruje znaczący etap w historii ludzkości” – uzasadnił wpis Komitet Światowego Dziedzictwa.
W Polsce to pierwszy przypadek, gdy komitet ten wpisując neolityczne kopalnie krzemienia na swą prestiżową listę uhonorował jednocześnie kilka prehistorycznych stanowisk archeologicznych. Ale to sytuacja wyjątkowa – mamy do czynienienia z rozległym kompleksem, a nie pojedynczym obiektem.
Do dziś w rejonie Krzemionek Opatowskich zachowało się ponad 1000 szybów sprzed 4000 lat. Ciągną się pasem szerokości 30–200 m i długości ok. 5 km. Mają głębokość od 4 do 8,5 m. Krzemień wydobywano tutaj za pomocą młotów kamiennych i narzędzi kościanych. W niektórych miejscach w ścianach wapiennych chodników do dziś można zobaczyć okazałe buły krzemienne – przedmiot zainteresowania ówczesnych górników. Co więcej, na ścianach kopalni zachowały się – wykonane węglem drzewnym – rysunki przedstawiające zwierzęta i postaci ludzkie.
Z krzemienia pasiatego produkowano na miejscu narzędzia, a następnie sprzedawano. Świadczą o tym znaleziska archeologiczne na Śląsku, Pomorzu, Morawach, a nawet w Niemczech nad Łabą.
O tym, że okolice Krzemionek Opatowskich były przedmiotem eksploracji górniczej w zamierzchłych czasach, wiedziano już przed II wojną światową. Odkrycia dokonał w 1922 r. wybitny polski geolog, prof. Jan Samsonowicz. Stwierdzono wówczas na powierzchni ziemi pozostałość ok. 5000 szybów. Dopiero jednak w 1994 r. to niesamowite miejsce uznano za pomnik historii, a w 1995 r. ustanowiono rezerwat przyrodniczy – obejmuje on niemal 400 ha lasu. Powstało też Muzeum i Rezerwat Archeologiczny, dzięki czemu wytyczono podziemne trasy turystyczne. Zbudowano chodniki.wcześniej – w co aż trudno dziś uwierzyć – zwiedzano kopalnię na klęczkach. W pobliżu zrekonstruowano wioskę neolityczną, dzięki czemu można zobaczyć, jak się przed 4 tys. lat górnikom mieszkało.
Wpisanie prehistorycznych kopalń na listę światowego dziedzictwa UNESCO spowodowało lawinowy wzrost zainteresowania tym miejscem.
Na zdjęciu: fragment trasy turystycznej na terenie kompleksu neolitycznych kopalni krzemienia w rejonie Krzemionek Opatowskich.
Literatura:
apis/Sandomierz (KAI): Neolityczne kopalni krzemienia w Krzemionkach Opatowskich na liście UNESCO, www.niedziela, dostęp 15.07.2019.
Tekst
i fot. Marek Perzyński
Jan Sobieski jeszcze jako hetman wielki koronny broniąc kresów Rzeczypospolitej przed czambułami tatarskimi odniósł jedno ze spektakularnych zwycięstw w Niemirowie, o czym wciąż się w okolicy pamięta. Tyle że centrum pamięci o tym wydarzeniu przeniosło się w okolice Lubaczowa, gdyż Niemirów po 1945 r. zaanektowała Ukraina. W muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej – otwartej niedawno dzięki staraniom wójta gminy Lubaczów, Wiesława Kapela – można przekonać się, jak wielkie było to zwycięstwo i jak wielką chwałą okrył się Sobieski ratując rodaków. Jaką zaś trwogę budziły czambuły tureckie, świadczą do dziś ogromne obwarowania klasztorów w Jarosławiu i Leżajsku.
Tatarzy krymscy byli zmorą kresów wschodnich Rzeczypospolitej. Najeżdżali, grabili, mordowali w okrutny sposób, a kogo nie zabili – zabierali w jasyr. Ludzi sprzedawano, jak bydło – na targach niewolników. Tatarzy – uznający jurysdykcję sułtana tureckiego – realizowali część planu Stambułu, który postawił sobie za cel zdominowanie także Europy – w imię Allaha. Plany te pokrzyżował Sobieski pod Wiedniem, a wcześniej poprowadził szereg wypraw na czambuły tatarskie– w ramach wojny polsko-tureckiej w latach 1672-1676.
Jedna z takich wypraw – jedyna w rejonie Lubaczowa – miała miejsce w 1672 r. Z Krasnegostawu w rejonie Zamościa poprzez Narol, Cieszanów, Lubaczów, okolice Baszni Dolnej siły polskie dotarły w rejon Niemirowa. Sobieski rozgromił Tatarów, choć – jak opowiadają w muzeum w Kresowej Osadzie – było ich aż ok. 20 000, a naszych – znacznie mniej, bo tylko ok. 3 000. Owszem, wraz z polskim wojskiem pociągnęli na Tatarów chłopi, ale ich uzbrojenie nie gwarantowało przewagi militarnej. Sobieski postawił na zaskoczenie. Otoczył obóz wroga. Taka taktyka przyniosła sukces.
Wcześniej – podczas marszu na Niemirów – Sobieski zastosował system komuniku, co znaczy, że na jednego żołnierza przypadały dwa konie. Polegało to na tym, że jeśli husarz – dosiadający w pełnej zbroi konia – widział, że ten się zmęczył, przesiadał się od razu na drugiego wolno biegnącego konia, co przyspieszało wyprawę.
O tym, jak doszło do wypraw pod dowództwem Sobieskiego na czambuły tatarskie, pisze w książce “Sobiescy herbu Janina” Leszek Podhorodecki: “20 września oddziały tureckie stanęły pod Lwowem. Słabo przygotowane do obrony miasto wykupiło się sumą 80 tysięcy talarów. Dalsza droga w głąb Polski stała przed Turkami otworem, rozdarta bowiem wewnętrznie Rzeczpospolita nie była zdolna do żadnego oporu. 1 października przed wielkim wezyrem Fazyl Ahmedem paszą stanęli z odkrytymi głowami polscy komisarze. Zaczęły się rokowania o pokój. Tymczasem sułtan Mehmed IV spuścił ze smyczy swych Tatarów, którzy rozrzucili czambuły aż po Janów, Leżajsk, Przemyśl i Gołąb. Całe Podole stanęło w morzu ognia. Gdy komisarze polscy poczęli uskarżać się wezyrowi na grabieże ordy, ten rzekł tylko: Tak umie wojna! Dziękujcie Bogu i nam, że wojska tureckie i krymskie nie poszły za Wisłę!
Sobieski
z braku sił nie podjął otwartej walki z armią turecką,
postanowił więc przynajmniej zapobiec grabieżom tatarskim. Pod
Krasnymstawem skoncentrował prawie trzy tysiące jazdy oraz dragonii
i 5 października rozpoczął błyskawiczną akcję przeciw ordzie.
Wkrótce przednia straż hetmana zniosła doszczętnie dwa
niewielkie czambuły tatarskie. Mimo zmęczenia marszem i dwiema
potyczkami, wojsko zbierało po drodze porzucony jasyr, w tym mnóstwo
dzieci, które hetman kazał wsadzać na wozy i wieźć do
Kałusza, gdzie dał im dom, żywność i wychowanie. Gonitwa
za Tatarami trwała dalej. Pod Niemirowem jazda dopędziła większy
oddział nieprzyjaciela, rozpędziła go i wyzwoliła tysiące
jeńców. Niebawem doszło do dwóch nowych potyczek,
również zwycięskich. W ciągu pierwszych trzech dni wyprawy
jazda Sobieskiego przebyła 150 kilometrów i stoczyła pięć
zwycięskich potyczek. Czwartego dnia wojska polskie przeszły 57
kilometrów po drogach i bezdrożach, jakich gorszych nie
masz na świecie, po czym dopadły kosz tatarski pod Komarnem.
Hetman wysłał przodem kilka chorągwi, sam zaś z resztą obszedł
stanowiska przeciwnika i z drugiej strony, przy dźwiękach muzyki
wojskowej, zaatakował i rozpędził zaskoczonych ordyńców,
po czym ścigał ich za przestrzeni 30 kilometrów. Następnie
zwrócił się w stronę Kałusza i odniósł jeszcze
jedno świetne zwycięstwo nad czambułem nureddina, drugiego po
kałdze współregenta chana. Sam dostojnik tatarski uratował
się, wpadłszy w bagna, w których ukrywał się ze strachem
przez kilka dni.
Cała wyprawa hetmana trwała zaledwie dziewięć dni, do 14 października. W tym czasie Sobieski przebył z jazdą ponad 300 km, stoczył siedem zwycięskich bitew i potyczek oraz uwolnił z jasyru kilkanaście tysięcy ludzi. Dowodził nigdy prawie nie śpiąc, nigdy się nie rozbierając, ognia nie niecąc, ledwie co jedząc, bo w spustoszonym kraju o bochenek chleba trudniej niż o tysiąc Tatarów. Wojsko żywiło się tylko brukwią i rzepą znalezioną w polu, konie – skąpą październikowa trawą. Żołnierze kładli się spać o zmroku, około godziny 17, wstawali już o północy i całą noc maszerowali w zupełnych ciemnościach, bez wzniecania ognia, byle tylko zaskoczyć przeciwnika. W wyprawie na czambuły Sobieski, według wyrażenia Tadeusza Korzona, wzbił się ponad wszystkich wodzów naszej jazdy” [1, s. 106-107].
Tatarzy byli szybcy, zwinni i sprytni, więc trudno było z nimi wygrać. Ponadto była to lekka jazda, w przeciwieństwie do naszego ówczesnego wojska – husarii. Jak podkreśla Ewa Baran, kustosz muzeum w Baszni Dolnej, jeszcze jedno odróżniało husarię od wojsk tatarskich. Nasze nie mordowały, ani nie grabiły. Brały jedynie jeńców. W efekcie zwycięstwa pod Niemirowem udało się odbić z rąk tatarskich kilkanaście tysięcy osób wziętych w jasyr.
Nic dziwnego, że traktowano Sobieskiego, jak wybawiciela, a wyrazem wdzięczności są poświęcone mu w rejonie Lubaczowa pomniki i inne miejsca pamięci. Jadąc od strony Kresowej Osady w Baszni Dolnej w stronę Baszni Górnej, Podlesia i Huty Kryształowej możemy w okolicy ostatniej z wymienionej miejscowości przysiąść w cieniu trzech dębów Sobieskiego, pod którymi – według miejscowego podania – odpoczywał on podczas wyprawy na czambuły tatarskie. W Wysocku koło Jarosławia znajduje się oryginalny – niestety pozostający w złym stanie technicznym – budynek, w którym Sobieski bywał. Z kolei w Oleszycach jest kapliczka, którą – według miejscowego podania – zbudował Sobieski w trakcie powrotu z jednej z wypraw. Sobieski bywał w tych terenach także na polowaniach, choćby dlatego, że miasto Jarosław było własnością jego żony.
O znaczeniu bitwy pod Niemirowem świadczy choćby fakt umieszczenia płaskorzeźby przedstawiającej jej ostatni akord na frontonie pałacu w Wilanowie, który – jako rezydencja Sobieskiego – stał się też pomnikiem jego chwały. W muzeum w Baszni Dolnej prezentowana jest jej kopia.
Na zdjęciu: fragment ekspozycji w muzeum w Baszni Dolnej, poświęconej wyprawie Sobieskiego na czambuły tatarskie w Niemirowie.
Literatura:
[1] Leszek Podhorodecki: Sobiescy herbu Janina, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1981.
Tekst i fot. Marek Perzyński
wszelkie prawa zastrzeżone
Piec kaflowy w holu skrzydła barokowego zamku w Olsztynie – zbudowanego w XVIII w. na potrzeby wizytujących zamek biskupów – to jedna z nielicznych już pamiątek po… zamku w Królewcu w Prusach wschodnich. Przestał istnieć po dywanowych nalocie aliantów na Królewiec w 1945 r., a tym samym zniszczeniu uległ pierwowzór pieca w zamku olsztyńskim. Kopia stała się tak cenna, jak oryginał.
Olsztyński piec to wierna kopia królewieckiego – dostał te same gabaryty i kształt. Pełnił funkcję grzewczą i reprezentacyjną. Zbudowany został w 1910 r. przy okazji dużego remontu olsztyńskiego zamku na pocz. XX w. – postanowiono wówczas przystosować go do celów reprezentacyjnych na potrzeby siedziby rejencji olsztyńskiej. Kafle wykonano ręcznie w manufakturze w Malborku (wówczas Marienburg in Ostrpeussen). Są malowane kobaltem, w efekcie czego po wypaleniu otrzymały piękny błękitny kolor. Duże przedstawiają muzy oraz opiekunki sztuk i dziedzin nauki, natomiast mniejsze – uzupełniające – sceny rodzajowe i motywy roślinne. Piec posadowiono na dębowych nogach, dzięki czemu wymuszano dodatkowy obieg powietrza przy posadzce, zapewniono jego równomierny obieg w pomieszczeniu i w efekcie jego lepsze ogrzanie.
Dlaczego skopiowano akurat
piec z zamku w Królewcu? Nie wiadomo. Zapewne
zdecydował o tym któryś z dygnitarzy niemieckich. W pocz. XX w. zamek
olsztyński pełnił funkcję urzędu – mieściły się w nim biura, w których
przyjmowano petentów. Można więc przyjąć, że jeden z urzędników przebywając w
Królewcu zwrócił uwagę na piec, który potem odwzorowano. Pierwotnie stał w
innym miejscu olsztyńskiego zamku. Rozebrany i przeniesiony został w latach 70.
XX w., gdy kładziono obecną posadzkę. Podłączono go do przewodu kominowego, ale
nie jest już użytkowany, gdyż po złożeniu nie wypełniono go ponownie szamotem.
Nie było takiej potrzeby – z góry założono, że nie będzie używany.
Na Warmii piece pełniły funkcję grzewczą, dekoracyjną i dydaktyczną – zarówno w domach szlacheckich, jak i chłopskich. Kafle pięknie zdobiono – na ogół scenami rodzajowymi. W chłopskich chatach stawano piece przedstawiające zwykle całe cykle prac polowych. Gdy w zimowe wieczory rodzina zasiadała przy piecu, senior rodu wykorzystywał je jako ilustracje swych lekcji o pracach wykonywanych podczas poszczególnych pór roku.
Tekst i fot. Marek Perzyński
Kresowa Osada w Baszni Dolnej w gminie Lubaczów na Podkarpaciu przyciąga bywalców salonów m.in. luksusowym kryształowym pająkiem. Owszem, to kopia, ale nie byle jaka – żyrandola ze słynnej manufaktury szkła w Hucie Kryształowej. Do dziś zachował się tylko jeden oryginał – w kościele parafialnym w Horyńcu-Zdroju, pod okiem franciszkanów.
Wprawdzie ksiądz dziekan z
Lubaczowa twierdzi, że oryginalny żyrandol z Huty Kryształowej widział też w
Zamościu, ale nawet jeśli to prawda, to wisi on w rezydencji biskupa, więc
zobaczenie go graniczy z cudem.
Manufaktura w Hucie Kryształowej
powstała w 1717 r. i miała dwóch udziałowców – hetmana wielkiego koronnego
Adama Mikołaja Sieniawskiego i Konstantego Franciszka Fremera. Pochodzący z
Francji Fremer dał kow-how, a hetman kapitał. Wkrótce ich huta zajęła pierwsze
miejsce w Polsce i czwarte w świecie pod względem produkcji szkła ekskluzywnego
kryształowego. Surowca mieli pod dostatkiem – w okolicy były złoża piasku szklarskiego,
a w lasach pełno drewna – paliwa do pieców szklarskich. Bywało, że huty po
wyczerpaniu surowca – np. wytrzebieniu lasów – wędrowały. Huta hetmana i
Fremera działała pierwotnie w Hucie Starej.
W rejonie Baszni Dolnej działało
sporo hut. Najbliżej ulokowana była huta Złomy, a jadąc w stronę Suśca można
było trafić wręcz do zagłębia hutniczego.
Oryginalne wyroby z Huty Kryształowej posiadają Muzeum Narodowe w Warszawie, muzeum-pałac w Wilanowie, a najbliżej miejsca pochodzenia – muzeum-zamek w Łańcucie. Ponadto znajdują się one w kolekcjach muzeów zagranicznych.
W 1806 huty w Hucie Kryształowej już nie było. Pod koniec działalności przejęli ją hutnicy czescy. Nie wiadomo, czy faktycznie chcieli produkcję utrzymać, czy… przeciwnie – doprowadzić ją do definitywnego upadku, likwidując w ten sposób konkurencję.
Na zdjęciu: wspaniały kryształowy
pająk w muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej.
Tekst i fot. Marek Perzyński
|
|