Autor: Marek Perzyński

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (23): Bogusław Bobrański

    Bobrański Bogusław (ur. 1904 – zm. 1991), wybitny polski chemik, farmaceuta, autor wielu prac eksperymentalnych i podręczników akademickich, w latach 1957-1962 rektor Akademii Medycznej we Wrocławiu. Odznaczany m.in. krzyżami Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Karierę naukową rozpoczął we Lwowie. Spoczął na cmentarzu Świętej Rodziny na wrocławskim Sępolnie

    Marek Perzyński

  • Jubileuszowa pielgrzymka osób niepełnosprawnych, ich rodzin i przyjaciół do Henrykowa

    Jubileuszowa pielgrzymka osób niepełnosprawnych, ich rodzin i przyjaciół do Henrykowa

    Byłe opactwo cysterskie w Henrykowie – pomnik kultury polskiej – jest co roku miejscem, do którego przybywa pielgrzymka osób niepełnosprawnych, ich rodzin i przyjaciół. W tym roku miała wymiar szczególny – odbyła się już po raz 10. Zaplanowana została na ostatni dzień wakacji, 31 sierpnia.

    Mszy świętej we wspaniałej scenerii kościoła cystersów przewodniczył arcybiskup Józef Kupny, metropolita wrocławski. Otrzymała wspaniałą oprawę – organów, młodzieżowej grupy wokalnej i orkiestry, która na podniesienie zagrała fanfary.

    Pielgrzymka do Henrykowa jest wyjątkowym wydarzeniem społecznym – przeciwdziała wykluczeniu społecznemu, uwrażliwia na problemy ludzi niepełnosprawnych. Współorganizatorem spotkania jest Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży. Sprawność młodzieży w zestawieniu z niedomaganiami fizycznym osób niepełnosprawnych daje obraz, obok którego nie sposób przejść obojętnym. Nie ma lepszej lekcji wychowawczej, ale tego zadania wciąż – jako społeczeństwo – nie odrobiliśmy. Pokazują to zmagania dzieci niepełnosprawnych z Wrocławia, które mają utrudniony dostęp do edukacji od kiedy miasto Wrocław zlikwidowało ich ośrodek.

    • Uczyniono tak mimo społecznych protestów i sprzeciwu kuratorium oświaty i wychowania – przypomina Małgorzata Calińska-Mayer, radna wojewódzka, przewodnicząca Komisji Skarg, Wniosków i Petycji Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, która przyjechała 31 sierpnia br. do Henrykowa, aby wesprzeć osoby niepełnosprawne w ich walce o godne życie (na zdjęciu pierwsza z prawej podczas wejścia celebransów przed ołtarz).

    Tekst i fot. Marek Perzyński ©®

  • Znaczenie Teatru Polskiego we Wrocławiu dla gospodarki regionu

    Znaczenie Teatru Polskiego we Wrocławiu dla gospodarki regionu

    Teatr Polski we Wrocławiu – jako wiodąca placówka tego typu na Dolnym Śląsku z racji m.in. posiadanego potencjału (trzy sceny, zaplecze techniczne włącznie z pracowniami, liczący ponad 50 osób zespół aktorski, tradycja sięgająca 1945 r.) jest jednym z ważniejszych czynników budujących prestiż lokalnej społeczności i wpływających na jakość życia.

    Prestiż jest wartością ekonomiczną, a tym samym kultura – choć wymaga nakładów finansowych – jest jednym z ważniejszych czynników wpływających na gospodarczą atrakcyjność regionu. O tym, jak bardzo czynnik ten brany jest pod uwagę w społeczeństwach wysoko rozwiniętych, świadczy – obserwowana m.in. na Dolnym Śląsku zwłaszcza w obszarze Sudetów – migracja młodego pokolenia z mniejszych miast do dużych ośrodków, czemu towarzyszy argumentacja – „bo tam, gdzie mieszkałem nic się nie działo”.

    W przypadku Teatru Polskiego następuje sprzężenie zwrotne – przygotowując ofertę kulturalną angażowani są często partnerzy z sektora gospodarczego, dzięki czemu instytucja jest w stanie zrealizować np. nowy spektakl wymagający dużych nakładów ekonomicznych. Biznes – angażując się w tę sferę życia – traktuje to przedsięwzięcie nie jako wydatek, ale inwestycję. Jakość życia mieszkańców – a tym samym zadowolenie z zamieszkania w danym regionie – wiąże z nim ludzi, co ma istotny wpływ na stabilizację na rynku pracy. Posiadanie teatru nobilituje, wskazuje na możliwości i aspiracje lokalnej społeczności, wspomaga budowanie relacji międzyludzkich, jest jednym z czynników, który wpływa na jakość życia i w efekcie na stan gospodarczy regionu.

    Teatr Polski we Wrocławiu – instytucja wspófinansowana przez samorząd wojewódzki i resort kultury – de facto spełnia funkcję instytucji narodowej. W naturalny sposób współpracuje z uczelniami wyższymi, wspomagając je w obszarze edukacyjnym, udostępniając w celach naukowych choćby swe archiwum literackie. Jest też miejscem, w którym poprzez otwarcie swej przestrzeni dla różnych środowisk – choćby scenę dla teatrów typu off, galerię w gmachu głównym, działalność edukacyjną prowadzoną również wprost w szkołach – otwiera nie tylko na nowe doznania, ale spotkania z wielką literaturą, zachęcając do twórczych poszukiwań. Tym samym wspomaga proces budowania społeczeństwa obywatelskiego, które w gospodarce rynkowej –opartej na nowych technologiach – ma do spełnienia kluczową rolę. Z tej perspektywy planowany proces digitalizacji zbiorów zasobu archiwum literackiego Teatru Polskiego we Wrocławiu jest zadaniem o znaczeniu fundamentalnym.

    Na zdjęciu: fragment spektaklu „Xsięgi Schulza” w reż. Jana Szurmieja.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (22): Stanisław Raułuszkiewicz

    Raułuszkiewicz Stanisław (zm. 2019 r.), wrocławianin, nauczyciel akademicki, profesor doktor habilitowany, od 1953 r. w Katedrze Patologii Rozrodu i Kliniki Położniczej Wydziału Weterynaryjnego Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu. Wychowawca i mentor wielu pokoleń lekarzy weterynarii na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi oraz Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W nekrologu zamieszczonym w prasie podkreślono, że był zasłużonym, wyjątkowo życzliwym profesorem, lubianym przez studentów i pracowników [1, s. 7]. Spoczął 9.08.2019 r. na cmentarzu parafialnym przy ul. Smętnej we Wrocławiu.  

    [1] Nekrolog prof. dr. hab. Stanisława Raułuszkiewicza podpisany przez Dziekana, Radę Wydziału Medycyny Weterynaryjnej i społeczność akademicką Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, wrocławska edycja „Gazecie Wyborczej”, 8.08.2019.   

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (21): Romuald Lazarowicz

    Lazarowicz Romuald (ur. 11.08.1953 r. Wrocław – zm. 2.08.2019 r. Wrocław), działacz opozycji antykomunistycznej w PRL, związany z „Solidarnością” i „Solidarnością Walczącą”, pisarz, redaktor i współtwórca wolnych mediów, współwłaściciel oficyny wydawniczej, Kustosz Pamięci Narodowej, odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, Krzyżem Wolności i Solidarności, Krzyżem Solidarności Walczącej oraz Krzyżem WiN [1, s. 7]. Za wybitne zasługi w upowszechnianiu wiedzy o najnowszej historii Polski odznaczony został pośmiertnie przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, który – w imieniu zmarłego – odebrała jego żona, Helena. Romuald Lazarowicz był wnukiem majora Adama Lazarowicza ps. „Klamra”. Spoczął na cmentarzu przy ul. Bujwida we Wrocławiu. W pogrzebie wziął udział m.in. wywodzący się z Wrocławia premier Mateusz Morawiecki, syn Kornela, założyciela „Solidarności Walczącej”.

    [1] Nekrolog Romualda Lazarowicza zamieszczony przez Andrzeja Jarocha, przewodniczącego Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, wrocławska edycja „Gazecie Wyborczej”, 8.08.2019.   

    Marek Perzyński

  • Opole. Kod katedralnych wrót, czyli jak biskup Nossol wzmacniając lokalną tożsamość pomógł uratować małe województwo

    Opole. Kod katedralnych wrót, czyli jak biskup Nossol wzmacniając lokalną tożsamość pomógł uratować małe województwo

    Główne drzwi katedry w Opolu – zamontowane w listopadzie 1997 r. – to unikat. Zostały odlane ze spiżu. W całej Polsce dzieł tego typu jest tylko kilka, m.in. w Gnieźnie, Płocku i Tarnowie. Opolskie to rodzaj podręcznika do nauki historii Opolszczyzny – wciąż słabo rozpropagowanego turystycznie regionu – i w efekcie poznania mentalności jej mieszkańców. Przedstawiono na nich nawet… powódź tysiąclecia w 1997 r.

    Spiżowe drzwi powstały w czasie urzędowania pierwszego biskupa opolskiego, Alfonsa Nossola, dzięki któremu utworzono w Opolu uniwersytet. Tak wzmocniono intelektualne zaplecze regionu, w efekcie czego w 1999 r. – podczas wielkiej reformy administracyjnej Polski – mieszkańcom udało się ocalić województwo opolskie i zachować samorządową autonomię na poziomie wojewódzkim m.in. w zakresie dysponowania środkami. Zaprocentowało też silne poczucie własnej tożsamości, zakorzenionej w lokalnej tradycji i obyczaju.

    Jak uczonym w Opolu zaczął sprzyjać nawet Bóg

    Abp Nossol (tytułem arcybiskupa został obdarzony przez papieża Jana Pawła II m.in. za wybitne zasługi na rzecz ekumenizmu w Polsce) wiedząc, że dzięki pozycji w hierarchii społecznej jego głos o specyfice Opolszczyzny dotrze nie tylko pod strzechy, ale i do urzędniczych gabinetów, doprowadził do powstania uczelni wykorzystując zaplecze seminarium duchownego. Tak teologia stała się podwaliną uniwersytetu, który obudowano innymi wydziałami.

    Mowa serca”

    Biskup tłumaczył, że uczelnia powstać musi, by oszczędzić ludziom… przykrości. Według niego mogliby spotykać się w dużych ośrodkach akademickich – z powodu posługiwania się charakterystyczną dla wielu obszarów Opolszczyzny gwarą – z ostracyzmem. Mają zaś prawo do nieskrępowanego używania – jak to określał – „mowy serca”. Miał też na myśli język niemiecki, który w wielu środowiskach na Opolszczyźnie – z racji zamieszkującej ten region sporej grupy mniejszości niemieckiej – używany jest powszechnie.

    Drogie drzwi nie tylko sercu

    Decyzja o wykonaniu spiżowych wrót do katedry zapadła w 1993 r., a impulsem było – przypadające w 1995 r. – 700-lecie parafii katedralnej, o czym przypomina napis z obu stron wrót – z jednej strony po polsku, z drugiej po łacinie. Z jak ogromnymi kosztami wiąże się taka inwestycja, może świadczyć choćby fakt, że pomysł udało sfinalizować dopiero w 1997 r.

    Symfonia światła”

    Drzwi opolskiej katedry – jako dzieło sztuki – otrzymały nazwę „Symfonia światła”, zgodnie z zawartym w nich programem ideowym. Życie przyrównano tutaj narracyjnie do wielkiego dzieła muzycznego, w którym odgrywamy – zależnie od pozycji społecznej, uwarunkowań zewnętrznych, potrzeb i nabytych kompetencji – różną rolę, a dyrygentem jest sam Bóg-Stwórca. Rolę uwertury pełnią sceny ukazane w tympanonie, znajdującym się nad drzwiami. Przedstawiają początki ludzkości zgodnie z przekazem Księgi Rodzaju. Tyle że tutaj w akcie stworzenia udział bierze cała Trójca Święta, opromieniająca to dzieło. Ciała niebieskie – efekt kreacji Boga Ojca – rozświetla złoty blask. Promienie spływające w dół są niczym rodzaj starożytnego zapisu nutowego hymnu „Ciebie Boże wychwalamy”. Trójca Święta tworzy tutaj kompozycyjną oś. Wyraża boską harmonię, doskonały ład, który naruszył grzech. Po lewej stronie u dołu tympanonu umieszczono trzy sceny rozgrywające się w raju: stworzenie człowieka, grzech pierworodny i wygnanie z raju. Z prawej u dołu tympanonu widzimy zaś zabójstwo Abla przez jego brata Kaina oraz ofiarę Abrahama. Ofiarę złożyli też Kain i Abel, dymy ofiarne się łączą, ale dym z ofiary Kaina nie został przyjęty – snuje się po ziemi.

    Anioł czyny waży

    Listwa łącząca wizualnie lewe i prawe drzwi jest swoista cezurą pomiędzy światem pełnym harmonii – ukazanym w górnej części tympanonu – a światem, w którym dobro miesza się nieustannie ze złem. Człowiek w walce ze złem nie jest sam – Bóg daje mu wsparcie, ale też – jak mówi katechizm – za dobre wynagradza, a za złe karze. Jako jeden z pierwszych na listwie – patrząc od góry – ukazany został św. Michał Archanioł z wagą, odmierzający ludzkie czyny. Ponadto widzimy relief przedstawiający przechowywane w opolskiej katedrze relikwie Krzyża Świętego, następnie św. Weronikę z chustą z odbitym na niej wizerunkiem umęczonego Chrystusa oraz patronów-orędowników: św. Floriana gaszącego pożar i św. Franciszka z gołąbkami w dłoniach, symbolizującymi pokój, dobro i ofiarę.

    Wir dziejów

    Z postacią św. Michała Archanioła dzierżącego wagę konweniuje wiatrak, ukazany w dolnej części lewego skrzydła drzwi. Ich autor – Adolf Panitz – zobrazował tak wieczność, nie skamieniałą, ale dynamiczną, w której nieustannie miesza się to, co było i co jest z tym, co będzie. Wrażenie dynamiki wzmocnił prezentując wydarzenia i postaci z różnych miejsc i epok poprzez ich celowe przemieszanie, tworząc na pozór chaotyczną kompozycję. Rezygnacja z geometrycznego układu kwater była zatem zabiegiem celowym.

    Motyw z Nysy

    Swoisty wywód o dziejach zbawienia – w kontekście historii diecezji opolskiej i w ogóle Opolszczyzny – kontynuowany jest na obu skrzydłach drzwi. Górna część skrzydła lewego obrazuje potop. Za Mojżeszem dzierżącym kamienne tablice z Dekalogiem podąża Noe wiodący wybranych – bogobojnych – przedstawicieli rodzaju ludzkiego do arki. Widoczna nad nimi podparta o księgę postać to prorok Izajasz. Nieopodal Mojżesza widzimy scenę chrztu Chrystusa w Jordanie, Matkę Boską Opolską, św. Piotra oraz św. Jakuba dźwigającego na plecach – niczym Atlant – bazylikę w Nysie, noszącą jego wezwanie. W tej części wrót przedstawiono też scenę kuszenia Antoniego Pustelnika przez kobietę w stroju Ewy.

    Św. Jacek w wychodzi z płomieni

    Strona prawa drzwi przedstawia swoisty korowód postaci związanych ze Śląskiem Opolskim. Św. Jacka – ratującego się z płomieni – rozpoznamy po monstrancji. Św. Jacek cieszy się wielką popularnością na Śląsku Opolskim. W kompleksie zamkowym w Kamieniu Śląskim – odnowionym staraniem diecezji opolskiej z przeznaczeniem na dom rekolekcyjny, studiów i sanatorium – ma dedykowano mu kaplicę, a abp Nossol mieszkanie, do którego przeniósł się z Opola po przejściu na emeryturę.

    Inkwizytor z Opola. Pierwszy w Polsce

    Obok św. Jacka widzimy Reginalda (pierwszego udokumentowanego – w 1223 r. – proboszcza obecnej katedry) i św. Pawła, który patronuje jednemu z ważniejszych dla dziejów Opola kościołów. Oczywiście, nie mogło zabraknąć św. Wojciecha, który – według miejscowych przekazów traktowanych przez historyków w kategoriach legendy – miał w sąsiedztwie tzw. kościoła „na górce” udzielać chrztu dawnym tutejszym pogańskim mieszkańcom i głosić kazania. Ważne miejsce w historii zajęli też – i dostali miejsce na drzwiach katedry – Peregryn z Opola (słynny dominikański kaznodzieja i pierwszy na ziemiach polskich inkwizytor) i ostatni opolski książę piastowski Jan Dobry, na tarczy którego znajduje się herb Opola: półkrzyż i półorzeł. Książę dostał tutaj do towarzystwa św. Annę Samotrzecią – niezwykle czczoną na Górze św. Anny na Opolszczyźnie. Powyżej niej widzimy św. Jadwigę śląską. Na tym nie koniec, bo przedstawiono też postacie z najnowszej historii Opolszczyzny: pierwszego biskupa opolskiego Franciszka Jopa, papieża Jana Pawła II (ukazany został na prawy skos od św. Anny) i abp. Alfonsa Nossola (on dostał miejsce na prawo od papieża-Polaka ). Z drugiej strony papieża widzimy ks. Stefana Baldego (inicjator budowy spiżowych wrót do katedry, ówczesny jej proboszcz) oraz – w birecie i okularach – ks. Józefa Kubisa, dawnego katedralny proboszcza, który przeszedł do historii jako budowniczy sześciu opolskich kościołów i trzech szpitali. O związkach diecezji opolskiej z miejscowym uniwersytetem i w ogóle uniwersytecki charakter Opola podkreśla herb tej uczelni, a ogólnopolskie idee bliskie mieszkańcom i system preferowanych przez nich wartości – sztandar „Solidarności”, postaci o. Maksymiliana Kolbego, ks. Jerzego Popiełuszki i Lecha Wałęsy.

    Według Ślązaków nawet zwykła ludzka praca się opłaca

    Zwykła ludzka praca – wpisana w etos Ślązaka – uosabiają tutaj oblicza zwykłych ludzi: górników, hutników, kowala, rolnika, ogrodnika, młynarza, piekarza. Gdy powstawały katedralne drzwi, wciąż żywe było wspomnienie wielkiej powodzi, która latem w 1997 r. nawiedziła również Opolszczyznę. Sceny z zalanego Opola umieścił artysta w dolnej części prawego skrzydła drzwi.

    Spiżowe drzwi w Opolu – pokryte już patyną – są nie tylko swoistą Biblią pauperum, ale same stały dokumentem epoki, w której powstały. Tworząc je nawiązano do tradycji sięgającej średniowiecza, gdy tego typu dzieła – podnoszące rangę świątyni i będące pomocą duszpasterską w prezentowaniu trudnych często treści teologicznych – zaistniały po raz pierwszy w świątyniach.

    Adolf Panitz – projektant spiżowych drzwi do opolskiej katedry – jest Ślązakiem (urodził się w Zabrzu), absolwentem ASP w Krakowie. W Opolu, z którym związał się w 1964 r., można oglądać wiele jego dzieł, m.in. tympanon nad bocznym wejściem, grobowiec księcia Jana Dobrego i epitafium bpa Franciszka Jopa w katedrze oraz płaskorzeźbę upamiętniającą hrabiego Matuschkę przy ul. Krakowskiej.

    Literatura:

    Krzysztof Ogiolda: Historia zbawienia i regionu zapisana w drzwiach opolskiej katedry, https://plus.nto.pl/historia-zbawienia-i-regionu-zapisana-w-drzwiach-opolskiej-katedry/ar/11599950, dostęp 31.07.2019.

    Na zdjęciu: fragment spiżowych drzwi opolskiej katedry przedstawiający m.in. św. Jacka.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Poznań/Wielkopolska. Poznańska archikatedra z… dolnośląskim DNA

    Poznań/Wielkopolska. Poznańska archikatedra z… dolnośląskim DNA

    Bazylika archikatedralna na poznańskim Ostrowie Tumskim – duma rodowitych Poznaniaków, kościół o najstarszej metryce pisanej w Polsce, jeden z najznakomitszych zabytków w kraju – zawiera zaskakująco duży ładunek… dolnośląskiego DNA.

    Ołtarz główny – późnogotycki poliptyk z 1512 r., prawdopodobnie dłuta wrocławskiego rzeźbiarza Jakuba Beinhardta – sprowadzono w 1952 r. z kościoła pw. św. Katarzyny w Górze Śląskiej, flankujące prezbiterium stalle z pocz. XVII w. pochodzą ze Zgorzelca, a stojąca przy łuku tęczowym późnobarokowa ambona z 1720 r. jest z Milicza – wymieniając najważniejsze elementy wyposażenia poznańskiej archikatedry Włodzimierz Łęcki w przewodniku „Zwiedzamy Poznań” nie ukrywa miejsca ich pochodzenia [1, s. 30-32].

    Patronka na złotym polu

    O ile utratę stalli i ambony Dolnoślązacy mogą jakoś przeboleć, to widząc ołtarz główny bierze żal, że tak wspaniale dzieło sztuki – dające pojęcie o prymarnej roli śląskiej kultury w średniowieczu w Polsce – wywieziono z Dolnego Śląska. Wprawdzie w bazylice archikatedralnej ołtarz zajął centralne miejsce, a w kościele w Górze Śląskiej – po zamontowaniu podczas modernizacji kościoła nowego ołtarza – prezentowany był on na ścianie bocznej, nie umniejsza to faktu, że wywożąc to dzieło zubożono Śląsk kulturowo. Tym bardziej, że ołtarz ten jest z kościołem w Górze Śląskiej związany ideowo. Otóż trzy rzeźby na złotym polu – przedstawione w polu środkowym – wyobrażają NMP z Dzieciątkiem, patronkę kościoła w Górze Śląskiej św. Katarzynę oraz św. Barbarę. Towarzyszy im 12 świętych – wyobrażające ich rzeźby widzimy na skrzydłach bocznych. Rewersy i awersy skrzydeł bocznych – prezentowanych w okresie Wielkiego Postu – przedstawiają sceny pasyjne. Z kolei na rewersach skrzydeł tylnych eksponowane są – w okresie Adwentu – postacie czterech świętych. Eksponowana w predelli scena Ostatniej Wieczerzy nawiązuje do sprawowanej podczas Mszy św. Eucharystii [1, s. 31, 33].

    Gotyk częściowo zrekonstruowany

    Ołtarz główny, stalle i ambona trafiły do bazyliki archikatedralnej po II wojnie światowej. Część jej oryginalnego wyposażenia przepadło podczas walk o Poznań toczonych w lutym 1945 r. Odbudowa bazyliki archikatedralnej z wojennych zniszczeń trwała 11 lat. Gotycka sylwetka, którą wówczas odzyskała, to efekt częściowej rekonstrukcji (w ok. 40 proc). Przeprowadzono wówczas też prace archeologiczne, dzięki czemu odsłonięto w podziemnych kryptach – udostępnianych odtąd do zwiedzania – wiele elementów wczesnoromańskich i romańskich [1, s. 31].

    Na zdjęciu: na pierwszym planie ambona z Milicza, w głębi prezbiterium – ołtarz główny pochodzący z kościoła pw. św. Katarzyny w Górze Śląskiej.

    Literatura:

    [1] Włodzimierz Łęcki: Zwiedzamy Poznań, Wydawnictwo PTTK “Kraj”, Warszawa 1990.

    Tekst i fot. Marek Perzyński ©

    Wszelkie prawa zastrzezone

  • Wrocław. Centralne dolnośląskie obchody 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego

    Wrocław. Centralne dolnośląskie obchody 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego

    Przy pomniku rotmistrza Witolda Pileckiego tuż obok Promenady Staromiejskiej we Wrocławiu rozpoczną się 1 sierpnia centralne na Dolnym Śląsku obchody 75. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

    Przebieg uroczystości:

    16:45 – rozpoczęcie uroczystości pod pomnikiem: przemówienia okolicznościowe, godzina „W”- syreny alarmowe, apel pamięci i salwa honorowa, złożenie kwiatów;

    18:00 – Msza święta w bazylice garnizonowej pw. św. Elżbiety we Wrocławiu.

    Na uroczystości zapraszają organizatorzy: Wojewoda Dolnośląski Paweł Hreniak, Dowódca Garnizonu Wrocław płk. Dariusz Krzywdziński oraz Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Dolnośląski.

    Marek Perzyński

  • Dolny Śląsk. Leśna huta mistrza Łubkowskiego w Szklarskiej Porębie

    Dolny Śląsk. Leśna huta mistrza Łubkowskiego w Szklarskiej Porębie

    W Szklarskiej Porębie – na stoku powyżej górskiej rzeki Kamiennej – – działa Leśna Huta (ul. Kołłątaja 2), w której na własne oczy można zobaczyć, jak powstaje wazon, kryształowy ptak czy jedyna w swoim rodzaju lampa w odcieniu butelkowej zieleni.

    Po przekroczeniu głównej drogi wiodącej do Szklarskiej Poręby, mostu, idąc w górę boczną drogą dojdziemy do miejsca, w którym Henryk Łubkowski kontynuuje wielowiekowe tradycje szklarskie pod Szrenicą. Miejscowa huta „Julia” (w niemieckich czasach nosiła nazwę „Józefina”) przestała istnieć w czasach ekonomicznych rządów w Polsce Balcerowicza. Pozostały niszczejące budynki. Henryk Łubkowski przepracował w „Julii” ponad 11 lat, nie czekał, aż zakład padnie i poszedł na swoje. W 1990 r. założył „Leśną Hutę”, którą w 2003 r. udostępnił turystom. Przy rozgrzanym, jak wulkan piecu, jedna osoba formuje szklaną masę, druga podaje narzędzia. Pobieranie masy trwa krótko, znacznie dłużej jej formowanie i to jest dla turysty najciekawszy widok. Obok jest sklep, w którym można kupić wazony, dzbany, patery. Za oknem majaczą góry. I pomyśleć, że dawniej z hutnictwa szkła utrzymywały się w Karkonoszach całe rodziny. Po polskiej stronie gór przetrwały tylko dwie huty – w Piechowicach i w Szklarskiej Porębie mistrza Łubkowskiego.

    Na zdjęciu: mistrz Henryk Łubkowski, założyciel „Leśnej Huty” w Szklarskiej Porębie.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Dolny Śląsk. Szlakiem muz pod Szrenicą

    Dolny Śląsk. Szlakiem muz pod Szrenicą

    Szklarska Poręba to miasto biznesu i ludzi kultury. Biznes lubi ciszę, więc prym pod Szrenicą wiodą artyści. Wytyczono kilka szlaków ich śladami, a są tacy, którzy wytyczają takie trasy na własny użytek. Wiodą do domów malarzy, literatów, kolekcjonerów światowej sławy i hotelu, który prowadzi… tenor.

    Czasami biznes spotka się z kulturą. Rafał Wróblewski,śpiewak operowy, organista i prawnik w jednej osobie, został menedżerem hotelu “Sasanka”. Zrezygnował z pracy w operze wrocławskiej, choć śpiewa tenorem, zatem głosem szczególnie lubianym nie tylko przez melomanów. W biznesie jest twardy, jak karkonoski granit, ale zostały mu miękkie kompetencje artysty: otwartość, życzliwość, empatia na potrzeby promocyjne otoczenia, szerokie spojrzenie, potrzeba wspólnotowego przeżycia. Choć pochodzi z Oławy, został ambasadorem marki Szklarska Poręba. Odwiedzają go nawet politycy prosząc o poparcie lokalnej społeczności.

    Słynni bracia literaci

    Kolonia artystyczna powstała w Szklarskiej Porębie na długo przed II wojną światową. Motorem przedsięwzięcia byli bracia Gerhart Hauptmann, laureat nagrody Nobla z dziedziny literatury (otrzymał go za dramat „Tkacze), i jego brat Carl, który tak oszlifował niemiecki przekład „Chłopów”, że Reymont dostał identyczną nagrodę za „Chłopów”. Malarze-pejzażyści rozpropagowali karkonoski krajobraz, obrazy reprodukowano na pocztówkach w ogromnych nakładach.

    Przyszła II wojna światowa, Dolny Śląsk przeszedł wymianę ludności, ale genius loci Szklarskiej Poręby przetrwał.

    W 1946 r. zamieszkał w Szklarskiej Porębie Jan Sztaudynger, wybitny polski literat, mistrz krótkiej, skrzącej się dowcipem formy literackiej – fraszki. Kilkuletni pobyt Sztaudyngera w Szklarskiej Porębie (1946-1950) zaowocował licznymi tekstami. Mieszkał przy ul. 1 Maja 55, w typowo ludowym domu, typu przysłupowego. Był w nim szczęśliwy. Uwielbiał spacery. Współcześnie wytyczono w Szklarskiej porębie Dużą Sztaudyngerowską Trasę Turystyczną. Szlak liczy ok. 30 km, jego najniższy punkt jest przy parkingu obok wodospadu Szklarki (490 m n.p.m.), a najwyższy to Wysoki Kamień (1058 m n.p.m.), zatem łączne przewyższenie wynosi ok. 900 m. Wiedzie śladami Jana Sztaudyngera i obejmuje okoliczne miejsca, wskazując na niepospolitość Szklarskiej Poręby. Sztaudynger spacerował tutaj niemal codziennie, delektując się widokami. Jego sudecki dom w 2005 r. spłonął. Miejsce to oznaczono tablicą pamiątkową.

    Dom ucznia Malczewskiego

    Sztaudynger namówił do osiedlenia się w Szklarskiej Porębie ucznia Malczewskiego, Wlastimila Hofmana (1881-1970). Promowany przez władze socreralizm był mu obcy, nie chciał malować robotników w halach, kobiet na traktorach, wolał malować Madonny, portrety mieszkańców, anioły. Bywało, że wymieniał obraz za jedzenie, a zamiast honorarium lekarz dostawał swój portret. Dziś dobrej klasy artystycznej obrazy Wlastimila Hofmana sprzedawane są na aukcjach lekko po kilkanaście tysięcy zł.

    Taniej kupić bilet do muzeum w Szklarskiej Porębie (dawny dom braci Hauptmannów), które ma sporo prac Hofmana, lub obejrzeć jego dom, pełen pamiątek. Mieszkał pod Szrenicą ponad 20 lat. Zachował się tak, jak pozostawili go gospodarz i jego żona, odchodząc z tego świata.

    Juliusz Naumowicz i Grzegorz Sokołowski pozostawili po sobie muzea mineralogiczne pełne skarbów. Minerały Karkonoszy, Gór Izerskich, zagłębia miedziowego (obszar Lubina, Polkowic, Rudnej), Szklar koło Ząbkowic Śląskich to tylko część wartych krocie kolekcji. Skarby ziemi przywiodły w okolice Szklarskiej Poręby poszukiwaczy już w średniowieczu. Byli to Walonowie, co wskazuje na ich cudzoziemskie pochodzenie.

    Skamieniały las

    Wabikiem muzeum założonego przez Grzegorza Sokołowskiego jest skamieniały las, prezentowany jest przed jego siedzibą, notabene ślicznym domem typowym dawniej dla górskich miejscowości w Sudetach.

    Muzeum „Juna”, założone przez Juliusza Naumowicza, mieści się w tzw. karczmie głodowej. Od tego roku znów można je zwiedzać – obiekt odbudowano po pożarze, który strawił też część zbiorów.

    Na zdjęciu:

    Rafał Wróblewski – artysta pochodzący z Oławy – został ambasadorem marki Szklarska Poręba.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Krzemionki Opatowskie/Świętokrzyskie. Kopalnie cenne, jak piramidy egipskie i wielki mur chiński

    Krzemionki Opatowskie/Świętokrzyskie. Kopalnie cenne, jak piramidy egipskie i wielki mur chiński

    Największy w Europie kompleks kopalni krzemienia powstał w rejonie obecnych Krzemionek Opatowskich w Świętokrzyskiem w okresie neolitu (ok. 4 tys. lat temu do 2. tysiąclecia p.n.e.), ale na sławę czekał aż do lipca 2019 r., gdy ogłoszono, że wpisany został – jako 16. obiekt w Polsce – na listę światowego dziedzictwa światowego UNESCO.

    To „wybitne dzieło twórczego geniuszu człowieka, niesie unikalne świadectwo tradycji kulturowej i stanowi wybitny przykład zespołu obiektów techniki i krajobrazu, który ilustruje znaczący etap w historii ludzkości” – uzasadnił wpis Komitet Światowego Dziedzictwa.

    W Polsce to pierwszy przypadek, gdy komitet ten wpisując neolityczne kopalnie krzemienia na swą prestiżową listę uhonorował jednocześnie kilka prehistorycznych stanowisk archeologicznych. Ale to sytuacja wyjątkowa – mamy do czynienienia z rozległym kompleksem, a nie pojedynczym obiektem.

    Do dziś w rejonie Krzemionek Opatowskich zachowało się ponad 1000 szybów sprzed 4000 lat. Ciągną się pasem szerokości 30–200 m i długości ok. 5 km. Mają głębokość od 4 do 8,5 m. Krzemień wydobywano tutaj za pomocą młotów kamiennych i narzędzi kościanych. W niektórych miejscach w ścianach wapiennych chodników do dziś można zobaczyć okazałe buły krzemienne – przedmiot zainteresowania ówczesnych górników. Co więcej, na ścianach kopalni zachowały się – wykonane węglem drzewnym – rysunki przedstawiające zwierzęta i postaci ludzkie.

    Z krzemienia pasiatego produkowano na miejscu narzędzia, a następnie sprzedawano. Świadczą o tym znaleziska archeologiczne na Śląsku, Pomorzu, Morawach, a nawet w Niemczech nad Łabą.

    O tym, że okolice Krzemionek Opatowskich były przedmiotem eksploracji górniczej w zamierzchłych czasach, wiedziano już przed II wojną światową. Odkrycia dokonał w 1922 r. wybitny polski geolog, prof. Jan Samsonowicz. Stwierdzono wówczas na powierzchni ziemi pozostałość ok. 5000 szybów. Dopiero jednak w 1994 r. to niesamowite miejsce uznano za pomnik historii, a w 1995 r. ustanowiono rezerwat przyrodniczy – obejmuje on niemal 400 ha lasu. Powstało też Muzeum i Rezerwat Archeologiczny, dzięki czemu wytyczono podziemne trasy turystyczne. Zbudowano chodniki.wcześniej – w co aż trudno dziś uwierzyć – zwiedzano kopalnię na klęczkach. W pobliżu zrekonstruowano wioskę neolityczną, dzięki czemu można zobaczyć, jak się przed 4 tys. lat górnikom mieszkało.

    Wpisanie prehistorycznych kopalń na listę światowego dziedzictwa UNESCO spowodowało lawinowy wzrost zainteresowania tym miejscem.

    Na zdjęciu: fragment trasy turystycznej na terenie kompleksu neolitycznych kopalni krzemienia w rejonie Krzemionek Opatowskich.

    Literatura:

    apis/Sandomierz (KAI): Neolityczne kopalni krzemienia w Krzemionkach Opatowskich na liście UNESCO, www.niedziela, dostęp 15.07.2019.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Osada Kresowa w Baszni Dolnej/Podkarpacie. Zobacz, jak Sobieski rozgromił czambuły tatarskie

    Osada Kresowa w Baszni Dolnej/Podkarpacie. Zobacz, jak Sobieski rozgromił czambuły tatarskie

    Jan Sobieski jeszcze jako hetman wielki koronny broniąc kresów Rzeczypospolitej przed czambułami tatarskimi odniósł jedno ze spektakularnych zwycięstw w Niemirowie, o czym wciąż się w okolicy pamięta. Tyle że centrum pamięci o tym wydarzeniu przeniosło się w okolice Lubaczowa, gdyż Niemirów po 1945 r. zaanektowała Ukraina. W muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej – otwartej niedawno dzięki staraniom wójta gminy Lubaczów, Wiesława Kapela – można przekonać się, jak wielkie było to zwycięstwo i jak wielką chwałą okrył się Sobieski ratując rodaków. Jaką zaś trwogę budziły czambuły tureckie, świadczą do dziś ogromne obwarowania klasztorów w Jarosławiu i Leżajsku.

    Tatarzy krymscy byli zmorą kresów wschodnich Rzeczypospolitej. Najeżdżali, grabili, mordowali w okrutny sposób, a kogo nie zabili – zabierali w jasyr. Ludzi sprzedawano, jak bydło – na targach niewolników. Tatarzy – uznający jurysdykcję sułtana tureckiego – realizowali część planu Stambułu, który postawił sobie za cel zdominowanie także Europy – w imię Allaha. Plany te pokrzyżował Sobieski pod Wiedniem, a wcześniej poprowadził szereg wypraw na czambuły tatarskie– w ramach wojny polsko-tureckiej w latach 1672-1676.

    Jedna z takich wypraw – jedyna w rejonie Lubaczowa – miała miejsce w 1672 r. Z Krasnegostawu w rejonie Zamościa poprzez Narol, Cieszanów, Lubaczów, okolice Baszni Dolnej siły polskie dotarły w rejon Niemirowa. Sobieski rozgromił Tatarów, choć – jak opowiadają w muzeum w Kresowej Osadzie – było ich aż ok. 20 000, a naszych – znacznie mniej, bo tylko ok. 3 000. Owszem, wraz z polskim wojskiem pociągnęli na Tatarów chłopi, ale ich uzbrojenie nie gwarantowało przewagi militarnej. Sobieski postawił na zaskoczenie. Otoczył obóz wroga. Taka taktyka przyniosła sukces.

    Wcześniej – podczas marszu na Niemirów – Sobieski zastosował system komuniku, co znaczy, że na jednego żołnierza przypadały dwa konie. Polegało to na tym, że jeśli husarz – dosiadający w pełnej zbroi konia – widział, że ten się zmęczył, przesiadał się od razu na drugiego wolno biegnącego konia, co przyspieszało wyprawę.

    O tym, jak doszło do wypraw pod dowództwem Sobieskiego na czambuły tatarskie, pisze w książce “Sobiescy herbu Janina” Leszek Podhorodecki: “20 września oddziały tureckie stanęły pod Lwowem. Słabo przygotowane do obrony miasto wykupiło się sumą 80 tysięcy talarów. Dalsza droga w głąb Polski stała przed Turkami otworem, rozdarta bowiem wewnętrznie Rzeczpospolita nie była zdolna do żadnego oporu. 1 października przed wielkim wezyrem Fazyl Ahmedem paszą stanęli z odkrytymi głowami polscy komisarze. Zaczęły się rokowania o pokój. Tymczasem sułtan Mehmed IV spuścił ze smyczy swych Tatarów, którzy rozrzucili czambuły aż po Janów, Leżajsk, Przemyśl i Gołąb. Całe Podole stanęło w morzu ognia. Gdy komisarze polscy poczęli uskarżać się wezyrowi na grabieże ordy, ten rzekł tylko: Tak umie wojna! Dziękujcie Bogu i nam, że wojska tureckie i krymskie nie poszły za Wisłę!

    Sobieski z braku sił nie podjął otwartej walki z armią turecką, postanowił więc przynajmniej zapobiec grabieżom tatarskim. Pod Krasnymstawem skoncentrował prawie trzy tysiące jazdy oraz dragonii i 5 października rozpoczął błyskawiczną akcję przeciw ordzie. Wkrótce przednia straż hetmana zniosła doszczętnie dwa niewielkie czambuły tatarskie. Mimo zmęczenia marszem i dwiema potyczkami, wojsko zbierało po drodze porzucony jasyr, w tym mnóstwo dzieci, które hetman kazał wsadzać na wozy i wieźć do Kałusza, gdzie dał im dom, żywność i wychowanie. Gonitwa za Tatarami trwała dalej. Pod Niemirowem jazda dopędziła większy oddział nieprzyjaciela, rozpędziła go i wyzwoliła tysiące jeńców. Niebawem doszło do dwóch nowych potyczek, również zwycięskich. W ciągu pierwszych trzech dni wyprawy jazda Sobieskiego przebyła 150 kilometrów i stoczyła pięć zwycięskich potyczek. Czwartego dnia wojska polskie przeszły 57 kilometrów po drogach i bezdrożach, jakich gorszych nie masz na świecie, po czym dopadły kosz tatarski pod Komarnem. Hetman wysłał przodem kilka chorągwi, sam zaś z resztą obszedł stanowiska przeciwnika i z drugiej strony, przy dźwiękach muzyki wojskowej, zaatakował i rozpędził zaskoczonych ordyńców, po czym ścigał ich za przestrzeni 30 kilometrów. Następnie zwrócił się w stronę Kałusza i odniósł jeszcze jedno świetne zwycięstwo nad czambułem nureddina, drugiego po kałdze współregenta chana. Sam dostojnik tatarski uratował się, wpadłszy w bagna, w których ukrywał się ze strachem przez kilka dni.

    Cała wyprawa hetmana trwała zaledwie dziewięć dni, do 14 października. W tym czasie Sobieski przebył z jazdą ponad 300 km, stoczył siedem zwycięskich bitew i potyczek oraz uwolnił z jasyru kilkanaście tysięcy ludzi. Dowodził nigdy prawie nie śpiąc, nigdy się nie rozbierając, ognia nie niecąc, ledwie co jedząc, bo w spustoszonym kraju o bochenek chleba trudniej niż o tysiąc Tatarów. Wojsko żywiło się tylko brukwią i rzepą znalezioną w polu, konie – skąpą październikowa trawą. Żołnierze kładli się spać o zmroku, około godziny 17, wstawali już o północy i całą noc maszerowali w zupełnych ciemnościach, bez wzniecania ognia, byle tylko zaskoczyć przeciwnika. W wyprawie na czambuły Sobieski, według wyrażenia Tadeusza Korzona, wzbił się ponad wszystkich wodzów naszej jazdy” [1, s. 106-107].

    Tatarzy byli szybcy, zwinni i sprytni, więc trudno było z nimi wygrać. Ponadto była to lekka jazda, w przeciwieństwie do naszego ówczesnego wojska – husarii. Jak podkreśla Ewa Baran, kustosz muzeum w Baszni Dolnej, jeszcze jedno odróżniało husarię od wojsk tatarskich. Nasze nie mordowały, ani nie grabiły. Brały jedynie jeńców. W efekcie zwycięstwa pod Niemirowem udało się odbić z rąk tatarskich kilkanaście tysięcy osób wziętych w jasyr.

    Nic dziwnego, że traktowano Sobieskiego, jak wybawiciela, a wyrazem wdzięczności są poświęcone mu w rejonie Lubaczowa pomniki i inne miejsca pamięci. Jadąc od strony Kresowej Osady w Baszni Dolnej w stronę Baszni Górnej, Podlesia i Huty Kryształowej możemy w okolicy ostatniej z wymienionej miejscowości przysiąść w cieniu trzech dębów Sobieskiego, pod którymi – według miejscowego podania – odpoczywał on podczas wyprawy na czambuły tatarskie. W Wysocku koło Jarosławia znajduje się oryginalny – niestety pozostający w złym stanie technicznym – budynek, w którym Sobieski bywał. Z kolei w Oleszycach jest kapliczka, którą – według miejscowego podania – zbudował Sobieski w trakcie powrotu z jednej z wypraw. Sobieski bywał w tych terenach także na polowaniach, choćby dlatego, że miasto Jarosław było własnością jego żony. 

    O znaczeniu bitwy pod Niemirowem świadczy choćby fakt umieszczenia płaskorzeźby przedstawiającej jej ostatni akord na frontonie pałacu w Wilanowie, który – jako rezydencja Sobieskiego – stał się też pomnikiem jego chwały. W muzeum w Baszni Dolnej prezentowana jest jej kopia.

    Na zdjęciu: fragment ekspozycji w muzeum w Baszni Dolnej, poświęconej wyprawie Sobieskiego na czambuły tatarskie w Niemirowie.

    Literatura:

    [1] Leszek Podhorodecki: Sobiescy herbu Janina, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1981.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Olsztyn. Jedyny już taki piec. Oryginał zbombardowano w Królewcu

    Olsztyn. Jedyny już taki piec. Oryginał zbombardowano w Królewcu

    Piec kaflowy w holu skrzydła barokowego zamku w Olsztynie – zbudowanego w XVIII w. na potrzeby wizytujących zamek biskupów – to jedna z nielicznych już pamiątek po… zamku w Królewcu w Prusach wschodnich. Przestał istnieć po dywanowych nalocie aliantów na Królewiec w 1945 r., a tym samym zniszczeniu uległ pierwowzór pieca w zamku olsztyńskim. Kopia stała się tak cenna, jak oryginał.

    Olsztyński piec to wierna kopia królewieckiego – dostał te same gabaryty i kształt. Pełnił funkcję grzewczą i reprezentacyjną. Zbudowany został w 1910 r. przy okazji dużego remontu olsztyńskiego zamku na pocz. XX w. – postanowiono wówczas przystosować go do celów reprezentacyjnych na potrzeby siedziby rejencji olsztyńskiej. Kafle wykonano ręcznie w manufakturze w Malborku (wówczas Marienburg in Ostrpeussen). Są malowane kobaltem, w efekcie czego po wypaleniu otrzymały piękny błękitny kolor. Duże przedstawiają muzy oraz opiekunki sztuk i dziedzin nauki, natomiast mniejsze – uzupełniające – sceny rodzajowe i motywy roślinne. Piec posadowiono na dębowych nogach, dzięki czemu wymuszano dodatkowy obieg powietrza przy posadzce, zapewniono jego równomierny obieg w pomieszczeniu i w efekcie jego lepsze ogrzanie.

    Dlaczego skopiowano akurat piec z zamku w Królewcu? Nie wiadomo. Zapewne  zdecydował o tym któryś z dygnitarzy niemieckich. W pocz. XX w. zamek olsztyński pełnił funkcję urzędu – mieściły się w nim biura, w których przyjmowano petentów. Można więc przyjąć, że jeden z urzędników przebywając w Królewcu zwrócił uwagę na piec, który potem odwzorowano. Pierwotnie stał w innym miejscu olsztyńskiego zamku. Rozebrany i przeniesiony został w latach 70. XX w., gdy kładziono obecną posadzkę. Podłączono go do przewodu kominowego, ale nie jest już użytkowany, gdyż po złożeniu nie wypełniono go ponownie szamotem. Nie było takiej potrzeby – z góry założono, że nie będzie używany.

    Na Warmii piece pełniły funkcję grzewczą, dekoracyjną i dydaktyczną – zarówno w domach szlacheckich, jak i chłopskich. Kafle pięknie zdobiono – na ogół scenami rodzajowymi. W chłopskich chatach stawano piece przedstawiające zwykle całe cykle prac polowych. Gdy w zimowe wieczory rodzina zasiadała przy piecu, senior rodu wykorzystywał je jako ilustracje swych lekcji o pracach wykonywanych podczas poszczególnych pór roku.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Podkarpacie. Niesamowity kryształowy pająk hetmana

    Podkarpacie. Niesamowity kryształowy pająk hetmana

    Kresowa Osada w Baszni Dolnej w gminie Lubaczów na Podkarpaciu przyciąga bywalców salonów m.in. luksusowym kryształowym pająkiem. Owszem, to kopia, ale nie byle jaka – żyrandola ze słynnej manufaktury szkła w Hucie Kryształowej. Do dziś zachował się tylko jeden oryginał – w kościele parafialnym w Horyńcu-Zdroju, pod okiem franciszkanów.

    Wprawdzie ksiądz dziekan z Lubaczowa twierdzi, że oryginalny żyrandol z Huty Kryształowej widział też w Zamościu, ale nawet jeśli to prawda, to wisi on w rezydencji biskupa, więc zobaczenie go graniczy z cudem.

    Manufaktura w Hucie Kryształowej powstała w 1717 r. i miała dwóch udziałowców – hetmana wielkiego koronnego Adama Mikołaja Sieniawskiego i Konstantego Franciszka Fremera. Pochodzący z Francji Fremer dał kow-how, a hetman kapitał. Wkrótce ich huta zajęła pierwsze miejsce w Polsce i czwarte w świecie pod względem produkcji szkła ekskluzywnego kryształowego. Surowca mieli pod dostatkiem – w okolicy były złoża piasku szklarskiego, a w lasach pełno drewna – paliwa do pieców szklarskich. Bywało, że huty po wyczerpaniu surowca – np. wytrzebieniu lasów – wędrowały. Huta hetmana i Fremera działała pierwotnie w Hucie Starej.

    W rejonie Baszni Dolnej działało sporo hut. Najbliżej ulokowana była huta Złomy, a jadąc w stronę Suśca można było trafić wręcz do zagłębia hutniczego.

    Oryginalne wyroby z Huty Kryształowej posiadają Muzeum Narodowe w Warszawie, muzeum-pałac w Wilanowie, a najbliżej miejsca pochodzenia – muzeum-zamek w Łańcucie. Ponadto znajdują się one w kolekcjach muzeów zagranicznych.

    W 1806 huty w Hucie Kryształowej już nie było. Pod koniec działalności przejęli ją hutnicy czescy. Nie wiadomo, czy faktycznie chcieli produkcję utrzymać, czy… przeciwnie – doprowadzić ją do definitywnego upadku, likwidując w ten sposób konkurencję.

    Na zdjęciu: wspaniały kryształowy pająk w muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Podkarpacie. Pałac Dubiecko, czyli w progach biskupa Krasickiego i… diabła łańcuckiego

    Podkarpacie. Pałac Dubiecko, czyli w progach biskupa Krasickiego i… diabła łańcuckiego

    Pałac w Dubiecku koło Przemyśla mieszczący gustownie urządzone restaurację i hotel jest miejscem szczególnym dla kultury polskiej. To w nim urodził się książę poetów biskup Ignacy Krasicki i powstała królowa polskich kolęd. Nic to więc, że urodził się tutaj też istny czort. Do historii przeszedł jako diabeł łańcucki.

    Nie od razu pałac zbudowano. Był XIV w., gdy Kmitowie wznieśli w Dubiecku drewniany dwór. Stanowił centrum klucza dóbr. Stanął na Grodzisku, miał charakter fortalicji, czyli budowli obronnej. Z czasem spłonął. Piotr Kmita, marszałek wielki koronny, zbudował w 1. ćwierci XVI w. kolejną drewnianą fortalicję, ale ulokował ją już w innym miejscu – w pobliżu zakola Sanu, zatem miejscu naturalnie obronnym. To ona dała początek obecnemu założeniu pałacowo-parkowemu w Dubiecku [1].

    Zamek otoczony fosą

    Zamek murowany powstał w 2. ćwierci XVI w. Jego inwestor, Stanisław Mateusz Stadnicki, wszedł w posiadanie klucza dubieckiego w wyniku ożenku z Nawojką Kmitówną. Zbudował obiekt na planie czworoboku z dziedzińcem pośrodku. Tylko jednak dwa skrzydła (północne i południowe) miały charakter mieszkalny. Dwa pozostałe miały charakter fasadowy – były to mury kurtynowe. Z tego założenia zostały relikty: fragmenty ścian w skrzydle północnym i piwnice z gotyckim portalem pod południowo-zachodnią częścią gazonu. Żeby wzmocnić obronność miejsca, wydrążono fosę i zbudowano fortyfikacje ziemne. Fosa z czasem straciła znaczenie militarne, ale w Dubiecku okazała się przydatna – jako malowniczy element parku [1]. Przerzucony nad nią współcześnie garbaty mostek podnosi urodę miejsca.

    Stanisława Mateusza Stadnickiego zamek cieszył, żona – też. Dała mu ośmiu synów, ale z czasem okazało się, że jeden to istny czort. Otóż Stanisław Stadnicki, dziedzic Nienadowej i Łańcuta, był jednym z największych awanturników okresu I Rzeczypospolitej. Nazwano go wręcz diabłem. Diabłem łańcuckim [1].

    Dubiecko w rękach Krasickich

    W 1558 r. Andrzej Stadnicki, jeden z synów Stanisława Mateusza Stadnickiego, sprzedał dobra w Dubiecku Stanisławowi Krasickiemu, kasztelanowi przemyskiemu i oboźnemu koronnemu, posiadaczowi dóbr w rejonie Przemyśla. Krasicki stał się twórcą potęgi rodu, rozpoczął budowę siedziby w Krasiczynie. Zlecił też przebudowę zamku w Dubiecku. Prace kontynuował jego młodszy syn, Jerzy. Inwestycję ukończono ok. 1611 r. [1]

    Oczywiste, że inwestycja w Dubiecku prowadzona była na znacznie mniejszą skalę niż w Krasiczynie, ale również tutaj zatrudniono renomowanych twórców – jak choćby Sebastiana Czeszkę. W jego lwowskim warsztacie kamieniarskim powstały portale i piękne elementy rzeźbiarskie pieców. W efekcie przebudowy przestał istnieć surowy średniowieczny zamek, a powstała nowożytna renesansowa siedziba. Tyle że nadal w obronnym garniturze, bo ziemia sanocka – położona nieopodal granicy – narażona była ciągle na najazdy obcych wojsk. Z czasem zamek w Dubiecku podupadł, ale bynajmniej nie w wyniku ataku z zewnątrz, lecz rodzinnych waśni, procesów sądowych i zajazdów [1].

    Biskup bywalec słynnych obiadów czwartkowych

    W tym podupadłym zamku w 1735 r. przyszedł na świat Ignacy Krasicki – książę poetów, publicysta, wybitny przedstawiciel epoki oświecenia w Polsce, biskup warmiński i arcybiskup gnieźnieński, uczestnik słynnych obiadów czwartkowych wydawanych przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przyszły biskup spędził w zamku w Dubiecku dzieciństwo, co wspominał z rozrzewnieniem [1]. 3 lutego 1735 r. pisał:

    „O miejsce słodkie, gdzie się urodziłem!

    W tobie los zrządził pierwszy wątek życia.

    Wyszedłem na świat, co zdarza, użyłem.

    A czas długiego wśród ludzi przebycia

    To zdziałał, gdyby się można odrodzić.

    Lepiej by było z ciebie nie wychodzić” [2, s. 71]. 

    Taka postać to wielki marketingowy kapitał, którego w pałacu w Dubiecku nie zmarnowano. Na honorowym miejscu wisi udana kopia portretu wielkiego poety w biskupiej purpurze. Obok w kartuszu umieszczono fragment jego wiersza, a przed pałacem stoi popiersie Krasickiego, które ufundowała w 1935 r. jego rodzina [1].

    “Listy o ogrodach” Jego Ekscelencji

    W 1750 r. pożar strawił dużą część zamku, a rok później zmarł jego właściciel. Wdowa po nim, Anna Krasicka, zamku nie odbudowała. Co więcej, podzieliła majątek. Największa część przypadła Antoniemu, bratu Ignacego Krasckiego. On to w latach 1771-1780 przebudował zamek – przy udziale swej żony Róży z Charzewskich – na klasycystyczną rezydencję pałacową. Zaniechano funkcji obronnej, ale wykorzystano pozostałości fortyfikacji, tworząc park krajobrazowy. Sprowadzono wówczas wiele egzotycznych roślin, wytyczono osie widokowe, całe założenie zorientowano na południe – w kierunku Sanu. Zajęła się tym osobiście Róża Krasicka, a pomagał jej szwagier, Ignacy Krasicki. Miał wszak w dorobku „Listy o ogrodach” [1].

    Wielki Fryc też interesował się Dubieckiem

    „Bardzo często zaglądał Krasicki do swego Dubiecka, dbał o jego wygląd, cieszył się zamianą wozowni na karczmę i wysyłał specjalnego ogrodnika, by urządzał, a także – jak pisze w listach – „całymi godzinami rozmawiał w Berlinie z królem pruskim Fryderykiem II o Dubiecku, a geniusz ten wielki dyrygujący machiną Europy, szczególnie interesował się Dubieckiem” – czytamy w książce „Ziemia przemyska” o udziale biskupa Krasińskiego w kształtowaniu oblicza miejsca swego urodzenia [2, s. 71].

    Bóg się rodzi, moc truchleje…

    Któż nie bywał w Dubiecku! Pod koniec XVIII i w pocz. XIX w. pałac był istną mekką poetów. W gronie tym byli m.in. Karpiński, Konarski, Drużbacka i Wincenty Pol [2, s. 72]. Franciszek Karpiński napisał tutaj słynną pieśń „Kiedy ranne wstają zorze” i królową polskich kolęd „Bóg się rodzi, moc truchleje” [1].

    Konarscy – właściciele pałacu od 1883 – zbudowali parterową oficynę usytuowaną prostopadle do pałacu. Dostała historyzujący kostium: neogotyckie elewacje z krenelażem i narożną basztę z pseudoprzyporami, co nadało całemu założeniu charakter budowli obronnej, przypominający o jej średniowiecznej metryce [1]. Neogotyckie dobudówki datowane są na 1900 r. Kwadratową basztę przebudowano w nowszych czasach [2, s. 72].

    Po 1945 r. w pałacu urządzono dom wypoczynkowy. po transformacji ustrojowej trafił w prywatne ręce. Przeszedł metamorfozę, która wyszła mu na dobre. To znów – podobnie jak w czasach biskupa Krasickiego – jedno z najbardziej urokliwych miejsc na ziemi przemyskiej.

    Literatura:

    [1] Bożena Figiela: Karpacki Szlak Ogrodów i Domów Historycznych, Podkarpacka Regionalna Organizacja Turystyczna, Rzeszów 2015.

    [2] Jan Skarbowski: Ziemia przemyska, Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, Kraków 1963.

    Tekst i fot. Marek Perzyński