Ławnik Krystian, student IV roku Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu (2018 r.), pracownia rzeźby; absolwent V Liceum Ogólnokształcącego w Legnicy. 9.12.2018 r. uczestnik corocznej licytacji dzieł sztuki na rzecz wsparcia Polaków pozostałych na dawnych Kresach Rzeczypospolitej – przekazał na ten cel rzeźbę swego autorstwa, którą wylicytowano.
Kategoria: Kultura
-

Mural dedykowany Wandzie Rutkiewicz. Z okazji stulecia praw wyborczych kobiet w Polsce
Ścianę budynku przy ul. Legionów 4a we Wrocławiu zdobi od 8 grudnia 2018 r. mural poświęcony Wandzie Rutkiewicz, wieloletniej mieszkance Wrocławia, pierwszej Polce i trzeciej kobiecie na świecie, która zdobyła Mount Everest.
Jako pierwsza Polka i pierwsza kobieta zdobyła też K2. Co więcej, spośród czternastu ośmiotysięczników zdobyła osiem. Oprócz Mount Everestu i K2 weszła na Nanga Parbat, Sziszapangmę, Gaszerbrum II, Gaszerbrum I, Czo Oju i Annapurnę.
Rysunek widoczny na wrocławskim muralu upamiętnia jej wyprawę w Pireneje w 1969 r. z początków kariery. Nawet lina wspinaczkowa układa się na nim tak samo, jak na zdjęciu, które zachowało się w archiwach Ministerstwa Sportu i Turystyki.
Wanda Rutkiewicz zaginęła w maju 1992 r. podczas ataku szczytowego na Kanczedzongę. Swojej siostrze mówiła wcześniej: „Jeśli zginę w górach, to znaczy, że tak miało być”.
Mural powstał na podstawie rysunku Marty Frej, a namalowany został przez panie z firmy Red Sheels w ramach akcji „Kobiety na mury” z okazji obchodów stulecia praw wyborczych kobiet w Polsce.
W ramach tej samej akcji w Katowicach wykonano mural dedykowany dr Jolancie Wadowskiej-Król, która w PRL-u ratowała dzieci z ołowicą, a w Warszawie rozpoczęły się prace nad uhonorowaniem w ten sam sposób zmarłej w 2018 r. wybitnej piosenkarki, Kory. We Wrocławiu partnerem akcji jest Urząd Miejski Wrocławia.
Tekst i fot. Marek Perzyński
-

Wielka scena dla seniora
Najpierw było blisko kilka miesięcy poznawania kulis teatru, prób, przymierzono kostiumy z epoki, a na końcu rozegrała się istna batalia o bilety w dwóch pierwszych rzędach. 28 listopada na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego we Wrocławiu wrocławscy seniorzy pokazali „Fredralia” (minispektakl oparty o twórczość Aleksandra hr. Fredry) i fragmenty sztuki Tadeusza Różewicza „Stara kobieta wysiaduje”.
Przyznano po dwa bilety, by każdy uczestnik (aktor-senior) miał gwarancję, że jego bliscy zobaczą go naprawdę z bliska – na scenie.
-
Więcej u was nie zagram – orzekła urażona seniorka, gdy usłyszała, że więcej niż dwa bilety nie dostanie. Emocje, jakie budzi prezentacja, są w teatrze szeroko komentowane. Seniorzy połknęli bakcyla, wszystko wskazuje na to, że dalsze lata na emeryturze spędzą w objęciach Melpomeny.
Kilka razy w tygodniu na zajęciach teatralnych w salach prób Teatru Polskiego uczestniczyło, jak dotąd, kilkadziesiąt osób. Projekt edukacyjny i aktywizacyjny Teatru Polskiego we Wrocławiu skierowany do seniorów realizowany jest pod nazwą Senior Grand Prix. Grupami opiekują się aktorzy Polskiego: Marcin Piejaś, Agata Skowrońska i Dariusz Bereski. Projekt będzie kontynuowany.
Tekst i fot. Marek Perzyński
Na zdjęciu: Marcin Piejaś (stoi) podczas próby do spektaklu „Stara kobieta wysiaduje”.
-
-

Legnickiej edycji tygodnika “Niedziela” stuknęło ćwierć wieku
Niedziela” to jeden z najpopularniejszych tygodników opinii. Jego edycji dedykowanej diecezji legnickiej stuknęło właśnie 25 lat.
Uroczystości odbyły się 5 i 6 listopada z udziałem m.in. ordynariusza legnickiego bpa Zbigniewa Kiernikowskiego, legnickiego biskupa pomocniczego Marka Mendyka, kanclerza legnickiej kurii biskupiej ks. dra Józefa Lisowskiego i redaktor naczelnej tygodnika “Niedziela“, Lidii Dudkiewicz.
Zaproszenie przyjęli dziennikarze edycji centralnej (mieści się w Częstochowie), redaktorzy edycji diecezjalnych i korespondenci terenowi m.in. z diecezji przemyskiej, rzeszowskiej i zielonogórsko-gorzowskiej, oraz kolporterzy. Gości podejmował szef edycji legnickiej, ks. Piotr Nowosielski. Podczas wieczornego spotkania na salę wniesiono jubileuszowy tort. Na co dzień życie dziennikarza nie jest słodkie. Rozmawiano o kondycji prasy drukowanej. Wnioski? Słowo drukowane traktowane jest powszechnie jako znacznie bardziej wiarygodne niż przekaz internetowy. Ci, którzy wieszczą upadek gazet, mogą więc mocno się zdziwić.
Wykorzystano okazję, by pokazać gościom sanktuaria diecezjalne – w Legnickim Polu i Krzeszowie. Jest się czym pochwalić, toż to perły architektury barokowej, prezydent Polski wpisał oba obiekty na listę pomników kultury. Wielkie wrażenie zrobiła też wizyta w kościele pw. św. Jacka w Legnicy, w którym na widok publiczny wystawiono niezwykłą relikwię. Jest to krwawiąca hostia. Badania medyczne dowiodły obecność w hostii ludzkiego mięśnia sercowego konającego człowieka. Wierni nie mają wątpliwości, że jest nim Jezus. Teologowie przypominają, że Eucharystia jest nie tylko znakiem obecności, pamiątką, ale i ofiarą. Stolica Apostolska potwierdziła, że w kościele św. Jacka miało miejsce wydarzenie o znamionach cudu.
Tekst i fot. Marek Perzyński ©®

-

Encyklopedia Dolnoślązaka (17): Markocice
Markocice, wieś w gminie Bogatynia (powiat zgorzelecki), zasiedlona po II wojnie światowej przez ludzi z różnych stron Polski przybyłych za chlebem do elektrowni i kopalni węgla odkrywkowego w Bogatyni. W efekcie spotkały się różne tradycje lokalne. Maria Kozioł z rodziny Tęcza ze wsi Kopcie koło Kolbuszowej w Rzeszowskiem wspomina, że wraz z nastaniem wielkiego postu myto skrupulatnie wszystkie garnki i naczynia, by nie ostał się na nich ani gram tłuszczu. W Wielki Piątek wciąż jadane jest w jej domu postne danie: kawałek śledzia, ziemniaki i kapusta kiszona z beczki. Żywe są tutaj też inne tradycje, co zadziwia, bo rejon Bogatyni poddany został daleko idącej industrializacji z racji sąsiedztwa kopalni i elektrowni.
Na zdjęciu: członkinie Koła Gospodyń Wiejskich w Markocicach podczas wojewódzkiego pokazu stołów wielkanocnych we Wrocławiu (24.03.2018 r.).
Tekst i fot. Marek Perzyński @ wszelkie prawa zastrzeżone
-

Encyklopedia Dolnoślązaka (16): Chocianowiec
Chocianowiec, wieś w gminie Chocianów (powiat polkowicki), zasiedlona po II wojnie światowej głównie przez Kresowian m.in. ze wsi Chłopy, Komarno i Stuligłowy w rejonie lwowskim.
Dawne tradycje akcentuje miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich, które zaprezentowało zestaw potraw 24.03.2018 r. podczas wojewódzkiego przeglądu stołów wielkanocnych we Wrocławiu. Bożena Stefanko, szefowa KGW Chocianowiec, kultywuje tradycje świąteczne z Kresów (miejsce pochodzenia rodziny męża) i z Brudna w Warszawie, gdzie korzenie ma rodzina z jej strony. Rodowód kresowy ma podawany podczas śniadania wielkanocnego pieróg nadziany ciastem pierogowym (kasza gryczana plus ziemniaki), który opiekany jest najpierw na patelni, a następnie dopieka się go w żaroodpornym naczyniu. Podawany jest z żurkiem. Z Warszawy – Brudna przetrwał zaś w jej rodzinie zwyczaj podawania całych śledzi (z głową i grzbietem) w zalewie octowej, tyle że danie to serwowane jest w okresie wielkiego postu.
Kresowianie są tradycyjnie religijni, przywieźli do Chocianowca krzyż i obrazy, które umieszczono w kaplicy zaadaptowanej wówczas z karczmy. W latach 70. XX w. we wsi zbudowano kościół i obecnie jest siedzibą parafii.
Członkinie KGW pobudzają aktywność miejscowej społeczności. Działają pro publico bono. Bożena Stefanko: “Nie ma reguły na życie, nie należy zamykać się na innych, bo może przyjść chwila, gdy pomoc z zewnątrz będzie nieodzowna”.
Na zdjęciu:
Członkinie Koła Gospodyń Wiejskich w Chocianowcu podczas wojewódzkich prezentacji stołów wielkanocnych we Wrocławiu (24.03.2018 r.).
Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone
-

Lwowsko-wrocławski wernisaż Katarzyny Popińskiej
– Lwów tak mnie zafascynował, że pokochałam go równie, jak Wrocław, jeśli nie bardziej, co niech będzie mi wybaczone – powiedziała Katarzyna Popińska, wrocławianka, podczas otwarcia wystawy swego malarstwa w siedzibie Towarzystwa Miłośników Wrocławia w kamieniczce „Małgosia” (15 luty 2018 r). Poświęcona została Kresom, ale znalazły się na niej również akcenty wrocławskie.
– Lwów ma taki magnetyzm, że trudno mu się oprzeć – dodała. – To bardzo polskie miasto, choć obecnie należy do Ukrainy. Nie poznałabym go, gdyby nie dr Tadeusz Samborski, członek zarządu województwa dolnośląskiego. Jest wybitnym znawcą Kresów. Zainteresował mnie tematyką kresową i poznałam Kresy z autopsji, towarzysząc mu kilka razy.
Dr Samborski był gościem wernisażu. Ale mówiono nie tylko o malarstwie. Dzień wcześniej odbyła się premiera „Francuskiej Niespodzianki” w Teatrze Polskim we Wrocławiu, którą wyreżyserował dyrektor tej sceny, Cezary Morawski, jeden z gości wernisażu Katarzyny Popińskiej. Pani Katarzyna jest bywalczynią premier w Polskim, więc było o czym mówić. „Francuska Niespodzianka” bardzo się podobała.
Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

-

Encyklopedia Dolnoślązaka (15): Maciej Szymczyk
Szymczyk Maciej (ur. 22.01.1970), dr hab. historii o specjalności historii gospodarczej, wybitny menedżer kultury, dyrektor Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju (od 2006) działającego w zabytkowym młynie papierniczym. Doprowadził do wpisania dusznickiego młyna papierniczego na prestiżową listę pomników historii Rzeczypospolitej Polski, a od 2017 czyni starania o umieszczenie go na liście światowego dziedzictwa UNESCO wspólnie wraz z pięcioma zabytkowymi młynami papierniczymi w Niemczech (Homburg), Czechach (Velke Losiny) i Francji: posiadają wybitne walory architektoniczne, pierwotną funkcję, prowadzą działalność edukacyjną, wniosły ogromny wkład w rozwój materialny i duchowy Europy, zatem są nośnikiem tożsamości europejskiej opartej na słowie pisanym, które stało się powszechnym nośnikiem wymiany myśli i idei. Te zaś doprowadziły do rozwiązywania konfliktów poprzez dyskusję, a nie wojny, które targały Europą. Działania oparte na dialogu, wykluczającym konflikt zbrojny, wszelkie inne formy przemocy, dyskryminacji i wykluczenia społecznego, to fundamentalny element dziedzictwa i tożsamości europejskiej. Dr Szymczyk argumentuje, że zabytkowych młynów w Europie zachowało się jedynie kilkudziesiąt. Porozumienie trzech młynów (Homburg, Velke Losiny i Duszniki-Zdrój) o współdziałaniu na rzecz wpisania na listę UNESCO podpisano 1.12.2017 w Dusznikach-Zdroju podczas konferencji “Praktyka zarządzania Pomnikami Historii – przykład młyna papierniczego w Dusznikach-Zdroju”, z udziałem m.in. władz samorządowych województwa dolnośląskiego.
Maciej Szymczyk związany jest zawodowo z Muzeum Papiernictwa w Dusznikach-Zdroju od 2006, kolejno: bibliotekarz, kierownik Działu Papiernictwa Współczesnego, dyrektor. Absolwent uniwersytetów w Opolu oraz Łodzi, był stypendystą Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej. Profesor nadzwyczajny w Katedrze Turystyki Wyższej Szkoły Handlowej. Autor ponad 150 opracowań o historii papiernictwa, dziejów ziemi kłodzkiej, turystyki i muzealnictwa. Jako dyrektor pozyskał środki zewnętrzne na remont młyna papierniczego, dzięki czemu wygospodarowano dodatkowe miejsca ekspozycyjne i otwarto w 2017 pasjonującą wystawę edukacyjną o dziejach banknotów. Mieszka w Lewinie Kłodzkim.
Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone
-

Przyszedłem do Wrocławia z tarczą
„Bracia Karamazow” Dostojewskiego liczą ponad tysiąc stron. Już wstępny ogląd tej powieści na bibliotecznej półce i świadomość, że jej akcja toczy się w realiach XIX-wiecznej Rosji, zatem w odległej przeszłości, powodują, że wielu mocno się zastanowi zanim po nią sięgnie. Teatr Polski we Wrocławiu sięgnął i pan dostał w tym spektaklu jedną z głównych ról (premiera 14 kwietnia). Co jest takiego w „Braciach Karamazow”, że znajdą się w repertuarze Teatru Polskiego? – pytam Marcina Piejasia, który wcielił się w postać Iwana, jednego z braci Karamazow.
-
Aktualność. To jeden z najwybitniejszych utworów literatury światowej poruszających kwestie relacji między religią a państwem i w ogóle mówiących o państwie przez pryzmat losów jednostki. O tym się w wielu kręgach żywo dyskutuje. Poza tym cały ten utwór ma wydźwięk biblijny, mówi o czymś, co się nigdy nie zdarzyło, a jednak trwa od zawsze – niczym mythos. Co więcej, to świetny materiał dla aktora i zarazem wyzwanie, z którym warto się zmierzyć choćby dlatego, że taka propozycja to nie codzienność. Łatwiej dziś zagrać w komedii niż w dziele tego formatu, co „Bracia Karamazow”. Inna sprawa, że język Dostojewskiego i obszerność tego dzieła – ponad tysiąc sto parę stron – wymagają niesamowitej pracy aktorskiej, żeby się przez to wszystko przebić, zagłębić i uchwycić wątek, który jest istotny dla współczesnego człowieka.
-
Mówi pan, że trudno o propozycję aktorską związaną z literaturą tej miary, co „Bracia Karamazow”, a przecież to nie pierwszy pański kontakt z Dostojewskim.
-
Rzeczywiście, moja przygoda teatralna zaczęła się od Dostojewskiego, bo u świętej pamięci Barbary Sass w Teatrze Słowackiego w Krakowie zagrałem w „Idiocie” jeszcze przed szkołą teatralną, tyle że był to mały epizod w bandzie Rogożyna. Później był debiut u Krystyny Jandy w utworze Czechowa, zatem nadal miałem kontakt z wielką rosyjską klasyką teatralną. Choćby dla tego warto uprawiać ten zawód. Potem grałem w komediach, lubię bawić widownię, jednak to dzieła zupełnie innego wymiaru. „Bracia Karamazow” to dzieło z pogranicza religii, socjologii, poruszający najważniejsze kwestie egzystencjalne. Mówi o rzeczach podstawowych.
– Dla Wrocławia zostawił pan teatry warszawskie, gdzie zaczął pan odnosić sukcesy. Nie żałuje pan zmiany?
-
Absolutnie nie żałuję. Aktorstwo to zawód, w którym robi się wiele różnych rzeczy. Im więcej aktor robi, tym bardziej się rozwija. Żeby zagrać dobrze w komedii, trzeba dotknąć też materiału poważnego. Wszystko w tym zawodzie płynie, łączy ze sobą, nie ma czegoś takiego, że się coś porzuca dla czegoś innego. Po prostu buduje się swoją technikę i swoje umiejętności za każdym razem głębiej. Po to, by lepiej wykonywać ten zawód.
-
Zakorzeni się pan we Wrocławiu, czy to tylko etap w drodze do kariery?
-
Cieszę się, że miałem okres szukania, poddania się wolnemu rynkowi, to daje wiele pokory i uczy szerszego spojrzenia na to zajęcie. Ale jeśli cały czas szuka się pracy, cały czas się „castinguje” (a na tym też polega ten zawód) to w pewnym czasie przestaje się robić role, a tylko goni się za pracą. Bardzo mnie to zmęczyło. Z pracy w Teatrze Polskim we Wrocławiu więc się cieszę i to w nim zamierzam budować swą pozycję. Pozycję w teatrze buduje się przez ciężką pracę.
– Ale pan wygrywał castingi.
-
Owszem, wygrywałem. Przyszedłem do Wrocławia z tarczą a nie na tarczy. Zrezygnowałem z musicalu w Teatrze Syrena, żeby móc wziąć udział w próbach do „Braci Karamazow” i tego nie żałuję. Premiera w „Syrenie” już się odbyła, z powodzeniem, z czego się cieszę. Ale to zupełnie inny rodzaj teatru gatunkowo. Takich musicali mogę zrobić jeszcze kilka w swoim życiu, a w „Braciach Karamazow” nie wiem kiedy będzie mi dane zagrać kolejny raz. Chcę wykorzystać ten moment, żeby sięgnąć po wyzwanie, które wymaga ode mnie najwięcej pod względem zawodowym.
-
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone
Na zdjęciach: Marcin Piejaś.
Fot. Marek Perzyński

-
-

„Ten debiut był wyjątkowo udany”
Wielu aktorów marzy, by wystąpić na dużej scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu, a Wam to się już udało – stwierdził dr Tadeusz Samborski, członek województwa dolnośląskiego, zwracając się do ponad stuosobowej grupy dzieci z Wądroża Wielkiego koło Jawora. Cezary Morawski, dyrektor Teatru Polskiego: „Ten debiut był wyjątkowo udany”.
Dzieci pokazały 8 lutego 2017 r. na scenie im. Grzegorzewskiego jasełka.
– Trzeba zrobić wszystko, by talentów nie zmarnować, dlatego zaczęliśmy prowadzić warsztaty aktorskie dla dzieci i wszechnicę teatralną – mówi dyr. Morawski. – Cieszymy się, jeśli dzieci mogą dotrzeć do nas, bo nasiąkają wtedy specyficzną atmosferę teatru. Ale to nie zawsze jest to możliwe, dlatego nasi aktorzy jeżdżą do szkół .
Wądroże Wielkie (gmina, której wójtem jest Elżbieta Jedlecka) znane jest z artystycznych działań. Niestety, tutejsi twórcy nie zawsze potrafią się ze swymi dokonaniami przebić. Nie dlatego, że prowadzą działania w wymiarze typowo lokalnym, ale dlatego, że środowiska wielkomiejskie bywają hermetyczne. To one zaś są centrami dystrybucji prestiżu. Takie projekty, jak jasełka w Polskim, lokują się więc w obszarze działania wymierzonego przeciw wykluczeniu społecznemu. Nauczyciele w swoich wypowiedziach podkreślali, że to spotkanie z prawdziwym teatrem było dla dzieci tak wielkim przeżyciem, że z pewnością zostawi w ich postrzeganiu świata trwały ślad.
Ze strony Teatru Polskiego we Wrocławiu było to działanie pro publico bono. Podobne, tyle że w innej formule, podjął ostatnio z dziećmi i młodzieżą z okręgu legnicko-jaworsko-złotoryjskiego. Otóż w grudniu 2017 r. we współpracy z teatrem „Ocelot” wystawił „Opowieść Wigilijną”. Spektakl prezentowano 16 razy przy kompletach na widowni.
Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

-

Teatr Polski we Wrocławiu pro publico bono
Andrzej Początek z Wrocławia zajmujący się finansami i nieruchomościami nie przypuszczał, że przychodząc 6 grudnia 2017 r. na spektakl „Opowieść wigilijna” według Dickensa do Teatru Polskiego we Wrocławiu wyjdzie z niego z terminem uroczystej kolacji, którą wraz ze swą ukochaną zje w towarzystwie Michała Paszczyka ze słynnego kabaretu „Paranienormalni”.
„Opowieść wigilijna” bawi i kruszy najbardziej zatwardziałe serca, bo nie ma chyba nikogo, kto nie zrobiłby wglądu w siebie widząc ducha w łachmanach i skutego łańcuchami, który cierpi, bo za życia liczył się dla niego tylko rachunek ekonomiczny. Ostrzega swego biznesowego wspólnika, żeby się zmienił, bo skończy, jak on. Trzeba jeszcze jednak kilku wizyt z zaświatów, by wspólnik odkrył, że jest coś takiego, jak społeczna twarz biznesu. Daje hojny datek, ratuje życie chłopca, odbudowuje swe relacje z rodziną. Chce być po prostu dobrym człowiekiem. Święta są wielkim darem niebios. Najlepiej rozumieją to chyba ci, których los rzucił poza ojczyznę. Pokonują nieraz setki kilometrów, by choć na te kilka chwil zjawić się w domu rodzinnym i spędzić je po polsku. Wśród bliskich.
Dawid Tymczyn ma 12 lat i potrzebuje naszej pomocy, jak Tim z „Opowieści wigilijnej”. O takiego strategicznego sponsora, jakim jest główny bohater powieści Dickensa, raczej trudno, ale można wiele zdziałać jako wspólnota – pokazała licytacja po zakończeniu „Opowieści wigilijnej”. Teatr Polski, kierowany przez dyrektora Cezarego Morawskiego, użyczył po spektaklu swej przestrzeni pro publico bono, a akcję przeprowadziło Zrzeszenie Studentów Polskich z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, w ramach akcji „Wielka draka dla dzieciaka 2017”. Pozyskali sponsorów i Michała Paszczyka z kabaretu „Paranienormalni”, który poprowadził licytację i zrobił to fenomenalnie, z humorem, swadą, inteligentnie. Cel był zbożny, ale co tutaj mówić – swoje zrobiła głównie osoba prowadzącego. Licytowano ze sceny i zbierano pieniądze w foyer. Licytowano m.in. DVD kabaretu „Paranienormalni” (z autografami), ale cóż to przy jednym z „Paranienormalnych” na żywo. Kolację z nim wylicytowali Andrzej Początek z ukochaną, zajmujący się finansami i nieruchomościami, co warto podkreślić z uznaniem, bo owszem, zarabianie pieniędzy to sztuka, ale jeszcze większą sztuką jest umiejętność podzielenia się pieniędzmi z bliźnimi.
Fot. wiodące: Na kolację z Michałem Paszczykiem z kabaretu „Paranienormalni” zaproszeni zostali pan Andrzej Początek z ukochaną.
Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

-

Encyklopedia Dolnoślązaka (14): Zespół folklorystyczny „Czaplanki”
Zespół folklorystyczny „Czaplanki” we wsi Czaple (gmina i parafia Pielgrzymka w powiecie złotoryjskim w diecezji legnickiej). Jego członkinie słyną z wypieków. Używają domowych kuchenek, a dawniej korzystały z poniemieckich pieców chlebowych. Na ogół były na wyposażeniu domów i dobrze służyły, ale z czasem uznano, że zajmują za dużo miejsca i je rozebrano. Wanda Kazek z zespołu „Czaplanki”: „Piec chlebowy, który był w moim domu, jednorazowo dawał sześć bochenków. Mama piekła chleby w koszykach wiklinowych, które nazywaliśmy opałkami”. Chleb pieczono z własnej mąki. Była z własnego zboża, które po zebraniu z pola wożono do okolicznych młynów w Uniejowicach, Pielgrzymce, Warcie Bolesławieckiej. Zdaniem „Czaplanek”, najlepsza mąka była z młyna w Uniejowicach. Zaznaczają, że „mąka mące nierówna, nie z każdej będzie dobry chleb”. Uczestniczą w dożynkach powiatowych i diecezjalnych, konkursach, pokazach. 29.06.2008 r. podczas „Śląskiego konkursu wypieku ciast i chleba”, z okazji Dni Krotoszyc, zaprezentowały m.in. chleb kwadratowy na zakwasie, okrągły na drożdżach, i wyroby cukiernicze, w tym ciasto biszkoptowe z masą i królewski makowiec. Działanie wspomógł sponsor, sołtys Sylwester Abramek, który razem z mieszkańcami Czapli założył Stowarzyszenie „Stara Szkoła” (siedzibę zlokalizowano w starej szkole) na rzecz dobra wspólnego, w tym zachowanie tradycji. Dzięki temu zorganizowano dla dzieci warsztaty pieczenia chleba. Dawniej taką wiedzę przekazywano w sposób naturalny, przechodziła z matki na córkę, obecnie nawet typowych dawniej na wsi czynności trzeba uczyć od podstaw, a zdaniem „Czaplanek” warto, bo „Co teraz się wymiętosi, to kiedyś urośnie”. Czaple nie były wsią typową. Wielu powojennych mieszkańców pracowało na kolei lub w kopalni w Iwinach (już nie istnieje), a przy tym uprawiało własne pole.
Na zdjęciu:
Zespół „Czaplanki”. Na drugim planie: sołtys Sylwester Abramek, 2008 r.
Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone
-

Encyklopedia Dolnoślązaka (13): Zespół śpiewaczy „Malwy” w Kuraszkowie
Zespół śpiewaczy „Malwy” w Kuraszkowie w gminie Oborniki Śląskie w powiecie trzebnickim, działa od 1964 r., wyłonił się spontanicznie z Koła Gospodyń Wiejskich po powrocie z dożynek w Trzebnicy, na których okazało się, że trzeba ośpiewać zgodnie z obyczajem wieniec. Liczy ponad 20 osób, w tym część występujących w nim od początku. Śpiewakom przygrywa diabeł i inne instrumenty: skrzypce i akordeon. Szefem organizacyjnym zespołu jest Jerzy Abrycki, który na spotkaniu z miłośnikami kultury tradycyjnej służy kartkami z przepisami na m.in. rożek wielkanocny, żur staropolski i kaszankę, obowiązkowe dania na wielkanocnym stole „Malw”. Kuraszków zasiedlony został po II wojnie światowej przez osadników z różnych stron Polski. Dominujące grupy przybyły z Wielunia w Łódzkiem i z Kieleckiego, ale żadna wsi kulturowo nie zdominowała, zatem zespół „Malwy” zmuszony zostały do stworzenia wspólnego kulturowego mianownika dla wszystkich swoich członków. W latach 70. XX w. za radą etnografów-muzealników inkorporował przedwojenny strój dolnośląski, którym posługiwali się Niemcy. Przyjął więc obcy wzorzec, jednak nie powinno być to przedmiotem krytyki, ponieważ pewne procesy kulturowe są nieuniknione i zdeterminowane lokalnymi uwarunkowaniami. Stroje uszyto z modnego wówczas bistoru i służą członkiniom zespołu do dzisiaj.
Na zdjęciu:
Zespół „Malwy” z Kuraszkowa z Arkadiuszem Poprawą (pierwszy z prawej), który w okresie, gdy zrobiono zdjęcie, był wicestarostą trzebnickim, a jesienią 2014 r. został burmistrzem Obornik Śląskich.
Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone
-

Encyklopedia Dolnoślązaka (12): Anatol Jan Omelaniuk
Omelaniuk Anatol Jan (ur. 1932 – zm. 2017), regionalista, autor licznych publikacji o idei ruchu regionalnego, od 1998 prezes, a potem prezes honorowy Dolnośląskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego (obecnie Dolnośląskie Towarzystwo Regionalne). Z Dolnym Śląskiem związany od 1961, przez 55 lat członek, a przez 35 lat członek władz DTSK. Przyczynił się do masowego rozwoju regionalnych stowarzyszeń kulturalnych na Dolnym Śląsku, utworzenia Ośrodka Regionalizmu Dolnośląskiego i powstania Wydawnictwa DTSK „Silesia”, dzięki czemu wydano szereg monografii miast dolnośląskich, m.in. Oławy i Legnicy. W l. 1981-2002 (z przerwą w czasie stanu wojennego) przewodniczący Rady Krajowej Regionalnych Towarzystw Kultury. W tym czasie podwoiła się liczba stowarzyszeń regionalnych w Polsce. Kierownictwo DTSK po Anatolu J. Omelaniuku przejął dr Stefan Bednarek.
Fot: Anatol Jan Omelaniuk przemawia podczas zjazdu regionalistów we Wrocławiu, 2015 r.
Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

-

Sztuka wysokich lotów
Jeśli można mówić o kulturze w sensie inwestycji, to Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przyznając dotację celową na realizację „Opowieści wigilijnej” wg Dickensa w Teatrze Polskim we Wrocławiu zrobiło znakomity interes. Spektakl grany jest przy pełnej widowni, a tworzą go aktorzy Teatru Polskiego we Wrocławiu i członkowie grupy akrobatycznej „Ocelot” z Legnicy i Złotoryi.
Widownia nagle cichnie, gdy na scenę wjeżdża wózek inwalidzki z małym Timem. Można uratować mu życie, jeśli znajdą się ludzie dobrej woli. Nagle zdajemy sobie sprawę, jak dużo zależy od naszej wrażliwości. Boże Narodzenie, magiczny czas spędzany w gronie rodzinnym, to dobra okazja, żeby o tym przypomnieć. Dobro, miłość, prawda, empatia, rodzina są ludziom potrzebne, jak tlen. Dziwne, że tak wiele polskich scen teatralnych jakby o tym zapomniało.
„Opowieść wigilijna” zatem edukuje, wzrusza, bawi. To znakomite teatralne tworzywo. Realizacja Teatru Polskiego we Wrocławiu jest o tyle nadzwyczajna, że powstało narracyjnie spójne znakomite artystycznie dzieło, choć wielu wątpiło, że akrobatyczne etiudy uda się zgrabnie zgrać z tekstem.
Co ciekawe, widzowie w większości są tych trudności świadomi. Nie tylko dlatego, że po części spektakli można wziąć udział w warsztatach i spróbować samemu scenicznej sztuki akrobatycznej. Przede wszystkim to spektakl wymagający żelaznej dyscypliny i precyzji, a biorą w nim udział nie tylko dorośli, ale i dzieci. Reżyserzy (Beata Zając i Cezary Morawski) i autor adaptacji tekstu (Sławomir Olejniczak) stanęli więc przed nie lada wyzwaniem.
Byłem zszokowany, gdy usłyszałem niedawno od pewnej 30-latki, że nigdy nie była w teatrze. Pochodzi z małego ośrodka miejskiego koło Jeleniej Góry, w której teatr przecież jest. Wzrastałem w nim, gdy dyrektorowała mu Alina Obidniak, znakomita menedżer kultury. Myślałem, że jeśli nie rodzina, to przynajmniej szkoła realizuje obowiązek wprowadzenia młodego człowieka w świat kultury. Gdy zacząłem temat drążyć, uzmysłowiłem sobie, jak bardzo się myliłem. Jeśli w domu nie ma potrzeby uczestnictwa w tzw. kulturze wysokiej, to nie zawsze jest nadzieja, że szkoła te lukę wypełni. Na realizację tego celu nie ma pieniędzy – to najczęstsze tłumaczenie nauczycieli i dyrektorów szkół.
Na szczęście nie wszędzie i nie zawsze tak jest. I poranne, i popołudniowe, i wieczorne pokazy „Opowieści wigilijnej” we wrocławskim Teatrze Polskim o tym świadczą. Realizacja okazała się tak atrakcyjna, że przyciąga dzieci, rodziców, dziadków, nauczycieli nie tylko z Dolnego Śląska. To społeczny kapitał, który zaprocentuje. Budzi politowanie tekst jednej z wrocławskich dziennikarek, która oceniając „Ryszarda III”, kolejną nowość we wrocławskim Teatrze Polskim, napisała, że owszem, widownia była pełna, tyle że widzowie… byli nie tacy. To znaczy tacy, którzy nie odpowiadali jej estetycznie. Bije z tych słów pogarda dla człowieka. Ale wbrew pozorom to cenne spostrzeżenie. Dowodzi, że Teatr Polski we Wrocławiu walczy z wykluczeniem społecznym. To scena o charakterze narodowym, co rodzi zadania m.in. w obszarze edukacji. Owszem, teatr jest elitarny, ale nie może być domeną tylko elit. Jest własnością społeczeństwa, a nie wąskiej grupy, która uzurpuje sobie do niego prawa na zasadzie wyłączności.
Brawa w trakcie „Opowieści wigilijnej”, gromkie oklaski po zakończeniu spektaklu, ożywione dyskusje w foyer i słowa widzów, że to spektakl wysokich lotów uskrzydlają wręcz dzieci biorące udział w tym projekcie. Są dzieci, więc jest nadzieja, że wyrośnie widownia, z której nawet bardzo mądra pani redaktor będzie zadowolona.
Tekst: Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone.
Fot. wiodące ze spektaklu – materiał prasowy Teatru Polskiego we Wrocławiu.
Zdjęcia ze spotkania po premierze: Marek Perzyński ©



