Kategoria: Kresy

  • „Chemia śmierci”. Nieznane fakty z przeszłości Brzegu Dolnego. Spotkanie z autorem książki w Wołowie

    „Chemia śmierci”. Nieznane fakty z przeszłości Brzegu Dolnego. Spotkanie z autorem książki w Wołowie

    Tomasz Bonek, pochodzący z Wołowa dziennikarz i pisarz, napisał książkę „Chemia śmierci” o tym, co działo się podczas II wojny światowej w zakładach chemicznych w obecnym Brzegu Dolnym. Spotkanie z nim, zorganizowane 28 lipca z inicjatywy Rafała Zająca, dyrektora Miejskiej Biblioteki Publicznej w Wołowie, spotkało się z ogromnym zainteresowaniem nie tylko wołowian. Pytano m.in. dlaczego niewiele mówi się o losie więźniów obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, których wykorzystywano w zakładach.

    Więźniowie pracowali przy produkcji gazów bojowych. Na ogół nie wiedzieli, gdzie trafiają. Przeżywali na ogół najwyżej trzy miesiące. Tych, którzy ocaleli, esesmani wyprowadzili w marszu śmierci. Wielu zamordowano w Środzie Śląskiej. Po II wojnie światowej zakłady zmieniły profil produkcji i zaczęły nosić nazwę „Rokita”. Więźniów upamiętniono inskrypcją na głazie, który przeniesiono przed zakład z polnej drogi, a pierwotnie upamiętniał dojście Hitlera do władzy. Jak na ogrom zbrodni i cierpienia ludzi to skromny pomnik – stwierdzili zgodnie uczestnicy spotkania autorskiego z Tomaszem Bonkiem. Padło pytanie, dlaczego tak się dzieje?

    Według autora książki, ludzie przeżyli ogromną traumę w czasie wojny i chcieli już tylko spokojnie żyć. Po drugie, celem zakładów jest produkcja, kwestie ogólnospołeczne nie są dla nich priorytetem. Dzieje się tak powszechnie. Mimo tego trudno pogodzić się z faktem, że po 1945 r.  światowe mocarstwa i niektóre koncerny wykorzystały do wzmocnienia swej pozycji biznesowej  i strategicznej specjalistów, którzy wcześniej byli na usługach Hitlera.

    Echo II wojny światowej odzywa się wciąż nie tylko w Brzegu Dolnym. Wielu z tych, którzy trafili po II wojnie światowej na tzw. ziemie odzyskanie, wspomina swe domy rodzinne na Kresach Wschodnich Polski. Zmuszeni zostali do ich opuszczenia w wyniku przesunięcia granic i mordów dokonywanych masowo przez ukraińskich nacjonalistów na bezbronnej ludności polskiej. Mordowali okrutnie, tak, by wywołać strach. Wielu osobom towarzyszy on do dziś. O tym, co przeżyli, nie chcą mówić nawet najbliższym.

    Tomasz Bonek jest autorem kilku książek, mających formę reportażu. Poprzednie poświęcił m.in. skarbowi średzkiemu i tajemnicom Lubiąża. Spotkanie autorskie zaplanowano w kawiarni letniej „Fraszka”, którą biblioteka publiczna zorganizowała – jako miejsce letniego wytchnienia – przy nowo zaaranżowanym przestrzennie basenie miejskim. Deszczowa pogoda wymusiła przeniesienie spotkania do sąsiedniej zadaszonej kawiarni.

    Na zdjęciu: spotkanie z Tomaszem Bonkiem (z lewej) poprowadził dyrektor biblioteki wołowskiej, Rafał Zając.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Poseł Soin w Klubie Muzyki i Literatury we Wrocławiu. To miała być tylko kurtuazyjna wizyta…

    Poseł Soin w Klubie Muzyki i Literatury we Wrocławiu. To miała być tylko kurtuazyjna wizyta…

    – W upalne dni w sali koncertowej jest tak gorąco,że nie da się oddychać, bo nie ma klimatyzacji. Proszę nam pomóc – zwróciła się bez ogródek do poseł Agnieszki Soin (PiS) jedna z bywalczyń Klubu Muzyki i Literatury we Wrocławiu. Apel nie został bez echa, co w klubie przyjęto z zadowoleniem. Poseł zaprosili bywalcy klubu. Wizyta miała miejsce 10.10.2019 r

    Ryszard Sławczyński, dyrektor klubu, mówi, że brak klimatyzacji to duży problem, ale w kasie klubu nie ma na to pieniędzy. Owszem, klub stara się wypracować dodatkowe pieniądze na działalność, lecz ciągle sporo jest innych bardziej palących potrzeb. Klub jest placówką miejską, z wielkimi tradycjami. Odbywają się w nim koncerty, przeglądy, spotkania autorskie, wykłady, ćwiczył maestro Penderecki. Kalendarz imprez zapełniony jest na wiele miesięcy do przodu.

    Poseł Soin spotkała się w klubie m.in. z lwowianami, którzy przychodzą tutaj od lat. Podjęta została entuzjastycznie. W podarunku dostała od dyr. Sławczyńskiego m.in. album o dawnych polskich Kresach wschodnich. Jest jego autorem. Poselska wizyta będzie owocować. Poseł Soin zamierza pilotować w Sejmie sprawy polskiego dziedzictwa na Kresach, co dla tożsamości wielu Dolnoślązaków – z powodu korzeni rodzinnych – jest sprawą kluczową. To tutaj zrodziła się idea akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”, która rozlała się na cały kraj.

    Na zdjęciu: poseł Agnieszka Soin z dyrektorem Klubu Muzyki i Literatury, Ryszardem Sławczyńskim.

    Tekst i fot. Marek Perzyński ©®

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (23): Bogusław Bobrański

    Bobrański Bogusław (ur. 1904 – zm. 1991), wybitny polski chemik, farmaceuta, autor wielu prac eksperymentalnych i podręczników akademickich, w latach 1957-1962 rektor Akademii Medycznej we Wrocławiu. Odznaczany m.in. krzyżami Oficerskim i Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Karierę naukową rozpoczął we Lwowie. Spoczął na cmentarzu Świętej Rodziny na wrocławskim Sępolnie

    Marek Perzyński

  • Osada Kresowa w Baszni Dolnej/Podkarpacie. Zobacz, jak Sobieski rozgromił czambuły tatarskie

    Osada Kresowa w Baszni Dolnej/Podkarpacie. Zobacz, jak Sobieski rozgromił czambuły tatarskie

    Jan Sobieski jeszcze jako hetman wielki koronny broniąc kresów Rzeczypospolitej przed czambułami tatarskimi odniósł jedno ze spektakularnych zwycięstw w Niemirowie, o czym wciąż się w okolicy pamięta. Tyle że centrum pamięci o tym wydarzeniu przeniosło się w okolice Lubaczowa, gdyż Niemirów po 1945 r. zaanektowała Ukraina. W muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej – otwartej niedawno dzięki staraniom wójta gminy Lubaczów, Wiesława Kapela – można przekonać się, jak wielkie było to zwycięstwo i jak wielką chwałą okrył się Sobieski ratując rodaków. Jaką zaś trwogę budziły czambuły tureckie, świadczą do dziś ogromne obwarowania klasztorów w Jarosławiu i Leżajsku.

    Tatarzy krymscy byli zmorą kresów wschodnich Rzeczypospolitej. Najeżdżali, grabili, mordowali w okrutny sposób, a kogo nie zabili – zabierali w jasyr. Ludzi sprzedawano, jak bydło – na targach niewolników. Tatarzy – uznający jurysdykcję sułtana tureckiego – realizowali część planu Stambułu, który postawił sobie za cel zdominowanie także Europy – w imię Allaha. Plany te pokrzyżował Sobieski pod Wiedniem, a wcześniej poprowadził szereg wypraw na czambuły tatarskie– w ramach wojny polsko-tureckiej w latach 1672-1676.

    Jedna z takich wypraw – jedyna w rejonie Lubaczowa – miała miejsce w 1672 r. Z Krasnegostawu w rejonie Zamościa poprzez Narol, Cieszanów, Lubaczów, okolice Baszni Dolnej siły polskie dotarły w rejon Niemirowa. Sobieski rozgromił Tatarów, choć – jak opowiadają w muzeum w Kresowej Osadzie – było ich aż ok. 20 000, a naszych – znacznie mniej, bo tylko ok. 3 000. Owszem, wraz z polskim wojskiem pociągnęli na Tatarów chłopi, ale ich uzbrojenie nie gwarantowało przewagi militarnej. Sobieski postawił na zaskoczenie. Otoczył obóz wroga. Taka taktyka przyniosła sukces.

    Wcześniej – podczas marszu na Niemirów – Sobieski zastosował system komuniku, co znaczy, że na jednego żołnierza przypadały dwa konie. Polegało to na tym, że jeśli husarz – dosiadający w pełnej zbroi konia – widział, że ten się zmęczył, przesiadał się od razu na drugiego wolno biegnącego konia, co przyspieszało wyprawę.

    O tym, jak doszło do wypraw pod dowództwem Sobieskiego na czambuły tatarskie, pisze w książce “Sobiescy herbu Janina” Leszek Podhorodecki: “20 września oddziały tureckie stanęły pod Lwowem. Słabo przygotowane do obrony miasto wykupiło się sumą 80 tysięcy talarów. Dalsza droga w głąb Polski stała przed Turkami otworem, rozdarta bowiem wewnętrznie Rzeczpospolita nie była zdolna do żadnego oporu. 1 października przed wielkim wezyrem Fazyl Ahmedem paszą stanęli z odkrytymi głowami polscy komisarze. Zaczęły się rokowania o pokój. Tymczasem sułtan Mehmed IV spuścił ze smyczy swych Tatarów, którzy rozrzucili czambuły aż po Janów, Leżajsk, Przemyśl i Gołąb. Całe Podole stanęło w morzu ognia. Gdy komisarze polscy poczęli uskarżać się wezyrowi na grabieże ordy, ten rzekł tylko: Tak umie wojna! Dziękujcie Bogu i nam, że wojska tureckie i krymskie nie poszły za Wisłę!

    Sobieski z braku sił nie podjął otwartej walki z armią turecką, postanowił więc przynajmniej zapobiec grabieżom tatarskim. Pod Krasnymstawem skoncentrował prawie trzy tysiące jazdy oraz dragonii i 5 października rozpoczął błyskawiczną akcję przeciw ordzie. Wkrótce przednia straż hetmana zniosła doszczętnie dwa niewielkie czambuły tatarskie. Mimo zmęczenia marszem i dwiema potyczkami, wojsko zbierało po drodze porzucony jasyr, w tym mnóstwo dzieci, które hetman kazał wsadzać na wozy i wieźć do Kałusza, gdzie dał im dom, żywność i wychowanie. Gonitwa za Tatarami trwała dalej. Pod Niemirowem jazda dopędziła większy oddział nieprzyjaciela, rozpędziła go i wyzwoliła tysiące jeńców. Niebawem doszło do dwóch nowych potyczek, również zwycięskich. W ciągu pierwszych trzech dni wyprawy jazda Sobieskiego przebyła 150 kilometrów i stoczyła pięć zwycięskich potyczek. Czwartego dnia wojska polskie przeszły 57 kilometrów po drogach i bezdrożach, jakich gorszych nie masz na świecie, po czym dopadły kosz tatarski pod Komarnem. Hetman wysłał przodem kilka chorągwi, sam zaś z resztą obszedł stanowiska przeciwnika i z drugiej strony, przy dźwiękach muzyki wojskowej, zaatakował i rozpędził zaskoczonych ordyńców, po czym ścigał ich za przestrzeni 30 kilometrów. Następnie zwrócił się w stronę Kałusza i odniósł jeszcze jedno świetne zwycięstwo nad czambułem nureddina, drugiego po kałdze współregenta chana. Sam dostojnik tatarski uratował się, wpadłszy w bagna, w których ukrywał się ze strachem przez kilka dni.

    Cała wyprawa hetmana trwała zaledwie dziewięć dni, do 14 października. W tym czasie Sobieski przebył z jazdą ponad 300 km, stoczył siedem zwycięskich bitew i potyczek oraz uwolnił z jasyru kilkanaście tysięcy ludzi. Dowodził nigdy prawie nie śpiąc, nigdy się nie rozbierając, ognia nie niecąc, ledwie co jedząc, bo w spustoszonym kraju o bochenek chleba trudniej niż o tysiąc Tatarów. Wojsko żywiło się tylko brukwią i rzepą znalezioną w polu, konie – skąpą październikowa trawą. Żołnierze kładli się spać o zmroku, około godziny 17, wstawali już o północy i całą noc maszerowali w zupełnych ciemnościach, bez wzniecania ognia, byle tylko zaskoczyć przeciwnika. W wyprawie na czambuły Sobieski, według wyrażenia Tadeusza Korzona, wzbił się ponad wszystkich wodzów naszej jazdy” [1, s. 106-107].

    Tatarzy byli szybcy, zwinni i sprytni, więc trudno było z nimi wygrać. Ponadto była to lekka jazda, w przeciwieństwie do naszego ówczesnego wojska – husarii. Jak podkreśla Ewa Baran, kustosz muzeum w Baszni Dolnej, jeszcze jedno odróżniało husarię od wojsk tatarskich. Nasze nie mordowały, ani nie grabiły. Brały jedynie jeńców. W efekcie zwycięstwa pod Niemirowem udało się odbić z rąk tatarskich kilkanaście tysięcy osób wziętych w jasyr.

    Nic dziwnego, że traktowano Sobieskiego, jak wybawiciela, a wyrazem wdzięczności są poświęcone mu w rejonie Lubaczowa pomniki i inne miejsca pamięci. Jadąc od strony Kresowej Osady w Baszni Dolnej w stronę Baszni Górnej, Podlesia i Huty Kryształowej możemy w okolicy ostatniej z wymienionej miejscowości przysiąść w cieniu trzech dębów Sobieskiego, pod którymi – według miejscowego podania – odpoczywał on podczas wyprawy na czambuły tatarskie. W Wysocku koło Jarosławia znajduje się oryginalny – niestety pozostający w złym stanie technicznym – budynek, w którym Sobieski bywał. Z kolei w Oleszycach jest kapliczka, którą – według miejscowego podania – zbudował Sobieski w trakcie powrotu z jednej z wypraw. Sobieski bywał w tych terenach także na polowaniach, choćby dlatego, że miasto Jarosław było własnością jego żony. 

    O znaczeniu bitwy pod Niemirowem świadczy choćby fakt umieszczenia płaskorzeźby przedstawiającej jej ostatni akord na frontonie pałacu w Wilanowie, który – jako rezydencja Sobieskiego – stał się też pomnikiem jego chwały. W muzeum w Baszni Dolnej prezentowana jest jej kopia.

    Na zdjęciu: fragment ekspozycji w muzeum w Baszni Dolnej, poświęconej wyprawie Sobieskiego na czambuły tatarskie w Niemirowie.

    Literatura:

    [1] Leszek Podhorodecki: Sobiescy herbu Janina, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1981.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

    wszelkie prawa zastrzeżone

  • Podkarpacie. Niesamowity kryształowy pająk hetmana

    Podkarpacie. Niesamowity kryształowy pająk hetmana

    Kresowa Osada w Baszni Dolnej w gminie Lubaczów na Podkarpaciu przyciąga bywalców salonów m.in. luksusowym kryształowym pająkiem. Owszem, to kopia, ale nie byle jaka – żyrandola ze słynnej manufaktury szkła w Hucie Kryształowej. Do dziś zachował się tylko jeden oryginał – w kościele parafialnym w Horyńcu-Zdroju, pod okiem franciszkanów.

    Wprawdzie ksiądz dziekan z Lubaczowa twierdzi, że oryginalny żyrandol z Huty Kryształowej widział też w Zamościu, ale nawet jeśli to prawda, to wisi on w rezydencji biskupa, więc zobaczenie go graniczy z cudem.

    Manufaktura w Hucie Kryształowej powstała w 1717 r. i miała dwóch udziałowców – hetmana wielkiego koronnego Adama Mikołaja Sieniawskiego i Konstantego Franciszka Fremera. Pochodzący z Francji Fremer dał kow-how, a hetman kapitał. Wkrótce ich huta zajęła pierwsze miejsce w Polsce i czwarte w świecie pod względem produkcji szkła ekskluzywnego kryształowego. Surowca mieli pod dostatkiem – w okolicy były złoża piasku szklarskiego, a w lasach pełno drewna – paliwa do pieców szklarskich. Bywało, że huty po wyczerpaniu surowca – np. wytrzebieniu lasów – wędrowały. Huta hetmana i Fremera działała pierwotnie w Hucie Starej.

    W rejonie Baszni Dolnej działało sporo hut. Najbliżej ulokowana była huta Złomy, a jadąc w stronę Suśca można było trafić wręcz do zagłębia hutniczego.

    Oryginalne wyroby z Huty Kryształowej posiadają Muzeum Narodowe w Warszawie, muzeum-pałac w Wilanowie, a najbliżej miejsca pochodzenia – muzeum-zamek w Łańcucie. Ponadto znajdują się one w kolekcjach muzeów zagranicznych.

    W 1806 huty w Hucie Kryształowej już nie było. Pod koniec działalności przejęli ją hutnicy czescy. Nie wiadomo, czy faktycznie chcieli produkcję utrzymać, czy… przeciwnie – doprowadzić ją do definitywnego upadku, likwidując w ten sposób konkurencję.

    Na zdjęciu: wspaniały kryształowy pająk w muzeum w Osadzie Kresowej w Baszni Dolnej.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (19): Krystian Ławnik

    Ławnik Krystian, student IV roku Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu (2018 r.), pracownia rzeźby; absolwent V Liceum Ogólnokształcącego w Legnicy. 9.12.2018 r. uczestnik corocznej licytacji dzieł sztuki na rzecz wsparcia Polaków pozostałych na dawnych Kresach Rzeczypospolitej – przekazał na ten cel rzeźbę swego autorstwa, którą wylicytowano.

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (16): Chocianowiec

    Encyklopedia Dolnoślązaka (16): Chocianowiec

    Chocianowiec, wieś w gminie Chocianów (powiat polkowicki), zasiedlona po II wojnie światowej głównie przez Kresowian m.in. ze wsi Chłopy, Komarno i Stuligłowy w rejonie lwowskim.

    Dawne tradycje akcentuje miejscowe Koło Gospodyń Wiejskich, które zaprezentowało zestaw potraw 24.03.2018 r. podczas wojewódzkiego przeglądu stołów wielkanocnych we Wrocławiu. Bożena Stefanko, szefowa KGW Chocianowiec, kultywuje tradycje świąteczne z Kresów (miejsce pochodzenia rodziny męża) i z Brudna w Warszawie, gdzie korzenie ma rodzina z jej strony. Rodowód kresowy ma podawany podczas śniadania wielkanocnego pieróg nadziany ciastem pierogowym (kasza gryczana plus ziemniaki), który opiekany jest najpierw na patelni, a następnie dopieka się go w żaroodpornym naczyniu. Podawany jest z żurkiem. Z Warszawy – Brudna przetrwał zaś w jej rodzinie zwyczaj podawania całych śledzi (z głową i grzbietem) w zalewie octowej, tyle że danie to serwowane jest w okresie wielkiego postu.

    Kresowianie są tradycyjnie religijni, przywieźli do Chocianowca krzyż i obrazy, które umieszczono w kaplicy zaadaptowanej wówczas z karczmy. W latach 70. XX w. we wsi zbudowano kościół  i obecnie jest siedzibą parafii.

    Członkinie KGW pobudzają aktywność miejscowej społeczności. Działają pro publico bono. Bożena Stefanko: Nie ma reguły na życie, nie należy zamykać się na innych, bo może przyjść chwila, gdy pomoc z zewnątrz będzie nieodzowna”.

    Na zdjęciu:

    Członkinie Koła Gospodyń Wiejskich w Chocianowcu podczas wojewódzkich prezentacji stołów wielkanocnych we Wrocławiu (24.03.2018 r.).

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

  • Lwowsko-wrocławski wernisaż Katarzyny Popińskiej

    Lwowsko-wrocławski wernisaż Katarzyny Popińskiej

     – Lwów tak mnie zafascynował, że pokochałam go równie, jak Wrocław, jeśli nie bardziej, co niech będzie mi wybaczone – powiedziała Katarzyna Popińska, wrocławianka, podczas otwarcia wystawy swego malarstwa w siedzibie Towarzystwa Miłośników Wrocławia w kamieniczce „Małgosia” (15 luty 2018 r). Poświęcona została Kresom, ale znalazły się na niej również akcenty wrocławskie.

    – Lwów ma taki magnetyzm, że trudno mu się oprzeć – dodała. – To bardzo polskie miasto, choć obecnie należy do Ukrainy. Nie poznałabym go, gdyby nie dr Tadeusz Samborski, członek zarządu województwa dolnośląskiego. Jest wybitnym znawcą Kresów. Zainteresował mnie tematyką kresową i poznałam Kresy z autopsji, towarzysząc mu kilka razy.

    Dr Samborski był gościem wernisażu. Ale mówiono nie tylko o malarstwie. Dzień wcześniej odbyła się premiera „Francuskiej Niespodzianki” w Teatrze Polskim we Wrocławiu, którą wyreżyserował dyrektor tej sceny, Cezary Morawski, jeden z gości wernisażu Katarzyny Popińskiej. Pani Katarzyna jest bywalczynią premier w Polskim, więc było o czym mówić. „Francuska Niespodzianka” bardzo się podobała.

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (11): Wykroty

    Encyklopedia Dolnoślązaka (11): Wykroty

    Wykroty, wieś w gminie Nowogrodziec w powiecie bolesławieckim, po II wojnie światowej zasiedlona przez przez polskich reemigrantów z terenów ówczesnej Jugosławii i Polaków wysiedlonych z Kresów wschodnich Polski zagarniętych wówczas przez Związek Sowiecki. Pochodzenie mieszkańców odzwierciedla zestaw potraw świątecznych, aczkolwiek różnice w znaczny sposób już się zatarły. 16.12.2017 podczas wojewódzkiego przeglądu tradycyjnych stołów wigilijnych we Wrocławiu Koło Gospodyń Wiejskich w Wykrotach zaprezentowało stół kresowy typowy dla wsi Żydaczów koło Lwowa, skąd pochodzą rodzice Marii Piątki, szefowej tego KGW. Na nim m.in.: kutia, pierogi, barszcz z uszkami, śledzie, tyle że dawniej były całe (z mleczem), a obecnie są wypatroszone już na etapie sprzedaży.

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (10): lubiński Pomnik Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej

    Encyklopedia Dolnoślązaka (10): lubiński Pomnik Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej

    Lubiński Pomnik Pamięci Ofiar Ludobójstwa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej, zbudowany z dwóch głazów, z których jeden jest ogromny i to na nim umieszczono napis wkomponowany w wizerunek orła tożsamego z polskim godłem narodowym. Usytuowany został w pobliżu kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa (zwanego popularnie małym kościołem), a odsłonięty w 2013, zatem trzy lata przed uchwałą Sejmu RP, która głosi m.in. że „Ofiary zbrodni popełnionych w latach 40. przez ukraińskich nacjonalistów do tej pory nie zostały w sposób należyty upamiętnione, a masowe mordy nie zostały nazwane – zgodnie z prawdą historyczną – mianem ludobójstwa”. Jednocześnie Sejm uchwalił dzień 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej. Inicjatorzy budowy pomnika: grupa mieszkańców Lubina z Krzysztofem Kubów, posłem partii Prawo i Sprawiedliwość z okręgu jeleniogórsko-legnickiego.

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (5): „Tu mówi Szwejk”

    „Tu mówi Szwejk”, monodram Edwarda Kiejzika według powieści Jaroslava Haška „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, spektakl Polskiego Studia Teatralnego z Wilna w reżyserii i aranżacji Sławomira Gaudyna, zaprezentowany 22.11.2017 na scenie kameralnej Teatru Polskiego we Wrocławiu. Szpital psychiatryczny, więzienie, wagon, ambona i front udało się Kiejzikowi wykreować przy pomocy zaledwie kilku rekwizytów: łóżka, karabinu, miotły i nakastlika. Oddał charakter powieści: groteska wzbudzająca śmiech pozwalająca nabrać dystansu i w efekcie nie zwariować w świecie, który najwyraźniej zwariował. W takim świecie dobrze czuć się może jedynie wariat lub ktoś, kto wariata udaje, a najbardziej bezpiecznym miejscem na podpalonym przez nienawiść i ogarniętym wojną świecie wydaje się zakład psychiatryczny.

     

    Na zdjęciu: autor tekstu z Edwardem Kiejzikiem tuż po spektaklu, 22.11.2017.

    Tekst i fot. Marek Perzyński © wszelkie prawa zastrzeżone

     

  • Encyklopedia Dolnoślązaka (3): Stanisław Melski

    Encyklopedia Dolnoślązaka (3): Stanisław Melski

    Melski Stanisław (ur. 1.01.1955 we Wrocławiu), aktor teatralny i filmowy, reżyser, poeta, działacz Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Od 1.09.1981 w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Wcześniej (1980-1981) aktor Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Absolwent Studium Aktorskiego przy Teatrze Polskim we Wrocławiu (1980). W marcu 2008 na podstawie przedstawienia „Tango” S. Mrożka złożył egzamin reżyserski w Warszawie i uzyskał tytuł reżysera teatralnego. Wielkie kreacje, w tym Śmierć w ikonie Rejenta w „Chorym z urojenia” słowami: Molière’a, Achmatowej, Audena, Strindberga, Eliota, Rilkego, Dickinson, Frosta, Księgi Hioba w reż. J.Wiśniewskiego (2017). Wystąpił m.in. w filmach „Konsul” w reż. M. Borka (1989) i „Pierścionek z orłem w koronie” w reż. A. Wajdy (1992). W czasie stanu wojennego i później występował w opozycyjnym teatrze NST (Niezależny Samorządny Teatr; Nie Samym Teatrem) we Wrocławiu. Od lat związany z Polskim Teatrem Ludowym we Lwowie, gdzie wyreżyserował „Szewców” S.I. Witkiewicza wyróżnionych Nagrodą Marszałka Senatu RP podczas VIII Wileńskich Spotkań Sceny Polskiej (2017). Od roku 1990 z żoną Grażyną prowadzi Teatr Dziesiątka w X LO we Wrocławiu. 

    Na zdjęciu: Stanisław Melski jako Śmierć w ikonie Rejenta.

    Tekst i fot. Marek Perzyński

     

     

  • Prof. Wojciech Witkiewicz – wybitny chirurg i po prostu dobry człowiek, a od 15 listopada 2017 r. również doktor honoris causa Politechniki Wrocławskiej

    Prof. Wojciech Witkiewicz – wybitny chirurg i po prostu dobry człowiek, a od 15 listopada 2017 r. również doktor honoris causa Politechniki Wrocławskiej

    Prof. Wojciech Witkiewicz, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu, został kolejnym doktorem honoris causa Politechniki Wrocławskiej. Wręczenie tytułu to główny punkt święta tej uczelni przypadającego 15 listopada, na pamiątkę wygłoszenia tego dnia w 1945 r. przez prof. Kazimierza Idaszewskiego pierwszego wykładu na Politechnice Wrocławskiej w jej powojennych dziejach.

    Święto Politechniki Wrocławskiej obchodzone jest od 1984 r. 15 listopada to również we Wrocławiu Święto Nauki.

    Kadra naukowa przybyła do Wrocławia ze Lwowa, który zaanektował Związek Sowiecki. Nieprzypadkowo więc na terenie Politechniki Wrocławskiej (skwer prof. Kazimierza Idaszewskiego) stanął Pomnik Martyrologii Profesorów Lwowskich. Złożenie pod nim kwiatów jest jednym z punktów obchodów święta tej uczelni.

    Uroczystość nadania doktoratu honoris causa Politechniki Wrocławskiej odbyła się w auli gmachu głównego. Przybył m.in. kardynał Henryk Gulbinowicz, metropolita wrocławski senior. 

    Warto zaznaczyć, że prof. Witkiewicz jest niezwykle cenionym chirurgiem, a przy tym doskonałym organizatorem – kierowany przez niego szpital zaliczany jest do najlepiej prowadzonych w regionie. Ma status jednostki badawczej. Prof. Witkiewicz znany jest jednak głównie z tego, że widzi nie „przypadek medyczny”, ale po prostu człowieka i jego problem, któremu stara się zaradzić. To zaleta, którą dostrzegł u prof. Witkiewicza nawet papież i nadał mu order św. Sylwestra. Jest to jednoznaczne z podniesieniem do stanu szlacheckiego.

    Tekst i fot. Marek Perzyński ©